piątek, 21 lipca 2017

▓ #1 Polowanie na błędy czas zacząć

Ta zakładka ma potencjał. Wiem o tym. Ba, jestem przekonany, że to właśnie w niej powstanie 90% moich wpisów. W ogóle nie zamierzam się wysilać i tworzyć tematycznych postów, w których odnosiłbym się do tematów po wielokroć wałkowanych w internetach, takich jak różnica między „bynajmniej” czy „przynajmniej” albo pozycja „bowiem” po przecinku. Zamiast tego będę brać pierwszy lepszy tekst z cyberprzestrzeni i sprawdzać go. Z portali informacyjnych, społecznościowych, i tabloidowych. Bez szczególniej selekcji i stosowania określonych kryteriów. Media poważne i mniej poważne, z prawej i lewej strony. Krótko mówiąc: praktyka! Może w praniu wyjdzie, gdzie jest więcej półanalfabetów. Tak, wiem, wiem, źle postawiony przecinek to nie dowód półanalfabetyzmu, co więcej, temat ten służy tylko dowartościowaniu się, pompowaniu ego i wylewaniu żółci. Dobra, koniec tego wstępu. Sezon polowania na błędy uważam za otwarty. Zaczynam od misiów na pierwszym froncie walki politycznej, ale w odsłonie kulturalnej, bo dotyczącej obrazu Jana Matejki „Bitwa pod Grunwaldem”. Bo nie chcę tak od razu z grubej rury.

wtorek, 18 lipca 2017

❏ Fasada za fasadą

„Moskwa 2042”. Prawie jak „Metro 2033”. Nie, to nie to samo uniwersum, ale spragnieni futyryzmów i naszprycowani apokaliptyczną propagandą możemy złapać książkę Włodzimierza Wojnowicza, o której zresztą po prawdzie i tak mało kto pamięta, w nadziei zaaplikowania sobie kolejnej kasandrycznej wizji. O zombie, buncie maszyn, wymarciu pszczół albo przebiegunowaniu Ziemi i zimie stulecia. A tu figa z makiem. Wojnowicz ewidentnie nie pisał tej powieści z myślą o prorokowaniu i chociaż znajdzie się w niej parę rekwizytów rodem z science fiction, a także antyutopijna woalka, to są one elementem kreacji śmieszka (Wojnowicz, gdyby był młodszy, trollowałby dzisiaj w internetach), główną inspirację stanowiło natomiast to, co młodzi i nieokrzesani ludzie nazywają bólem dupy, a ci przyzwoitsi – na przykład zazdrością. Źródłem tej zazdrości był zaś Aleksander Sołżenicyn.

Zanim przejdę jednak do esencji, pomówię o fasadach. Głównym bohaterem i narratorem powieści jest alter ego Wojnowicza, pisarz Karcew, rosyjski emigrant przebywający w latach 80. po tej lepszej stronie żelaznej kurtyny. Naturalnie po książce nie należy się spodziewać relacjonowania biografii, tym bardziej że traktuje ona przede wszystkim o wydarzeniach dziejących się w dalekiej przyszłości — nawet z naszej perspektywy jeszcze nie tak bliskiej — ale o tożsamości charakterologicznej, czy też podobnym stosunku do rzeczywistości między Karcewem a autorem, można już mówić. Nasz protagonista to lekko zgryźliwy, a przy tym nonszalancko podchodzący do życia mężczyzna, który przypadkiem dowiaduje się o istnieniu maszyny przenoszącej w czasie. A jak już się dowiaduje, zaraz nabiera chęci, żeby z niej skorzystać. Ma zresztą dodatkową motywację ze strony dziennikarzy amerykańskiej gazety, którzy oferują mu milion dolarów za reportaż z przyszłości, i Arabów pragnących dowiedzieć się czegoś o postępie w technologii, szczególnie tej dotyczącej bomb atomowych. Karcew wyrusza więc do Moskwy 2042 roku, gdzie doświadcza błogosławieństw spełnionego komunizmu, który szybko okazuje się — a jakże — jeszcze jedną reinkarnacją potiomkinowskiej wsi.

piątek, 16 czerwca 2017

❖„Inny wiatr” — kilka uwag ogólnych...

...na marginesie wątku kobiecego. „Inny wiatr” mógł zaskoczyć miłośników (i nie tylko miłośników) słynnego cyklu Le Guin nie mniej od „Tehanu”. O ile jednak w tej drugiej powieści, a czwartej z serii, zdziwieniu możemy ulec z powodu perspektywy jak najdalszej od tego, co kojarzy się z fantastyką, bo skupionej na codzienności i ograniczonej tematycznie do relacji mężczyzn i kobiet, o tyle w ostatniej części nietypowe dla pisarstwa Le Guin (przynajmniej tego związanego z Ziemiomorzem, bo pozostałe jej dzieła są mi nieznane) jest zwiększenie liczby postaci i uwikłanie ich w historię, a raczej — Historię. We wszystkich częściach poprzedzających „Inny wiatr”, nie licząc „Tehanu” (choć tu z innych powodów), autorka była wyjątkowo oszczędna w kreśleniu tła, a losy nielicznych bohaterów (Ged, Tenar, Arren) służyły przedstawianiu pewnych archetypów i uniwersalnych prawd. Na wyrost byłoby stwierdzenie, że Le Guin komunikowała się z czytelnikiem przez symbole, bardziej adekwatne byłoby powiązanie tych powieści z mitami czy parabolami. Ani w „Czarnoksiężniku z Archipelagu”, ani w „Grobowcach Atuanu” czy „Najdalszym brzegu” nie chodziło o intrygi, polityczne roszady, zmiany społeczne i historyczne (to nie typ fantastyki w stylu „Gry o tron”), samo Ziemiomorze było natomiast płaskie i nieopisane (ani typ fantastyki tolkienowskiej), nawet konfrontację z Cobem wypada odczytać jako przenośnię, wyraz pewnych bardzo, bardzo ogólnych przekonań i dążeń (ład we wszechświecie, równowaga sił), dla których bazą jest mgliście zarysowana wędrówka do celu i zmagania, bardziej wewnętrzne  niż zewnętrzne, dwóch głównych bohaterów. W „Tehanu” archetypy i motyw wędrówki zostały zastąpione przez codzienność i dyskusje postaci, ale tak czy inaczej nie ma tu cienia tej odmiany fantastyki, z którą zwykle kojarzy się ten gatunek, a więc odmiany epickiej.