niedziela, 16 listopada 2014

❏ Chorzy duchowo, chorzy cieleśnie

Myliłby się ten, kto sądziłby, że Sołżenicyn tworzył tylko na pograniczu beletrystyki i publicystyki. Wprawdzie jego opus magnum, czyli „Archipelag Gułag”, istotnie jest dziełem o takiej charakterystyce, ale spod pióra słynnego Rosjanina wyszło wiele innych utworów — niekoniecznie już o profilu publicystycznym. Nie byłoby w tym jeszcze nic zaskakującego, często zdarza się, że historycy czy dziennikarze próbują swoich sił w literaturze pięknej, niestety próby takie kończą się najczęściej fiaskiem. Polemiczny duch i skłonność do argumentowania oraz eksponowania kolejnych anegdot tylko szkodzą dziełu, a czasami wręcz prowadzą do grafomani. Sołżenicyna należałoby więc zaliczyć do mniejszości tych twórców, którzy wprawdzie dali się poznać światu przede wszystkim z prozy publicystycznie zaangażowanej, ale ponadto bardzo wprawnie poruszają się w obszarze literatury pięknej.

„Oddział chory na raka” jest tego najlepszym przykładem, lepszym może nawet niż znane opowiadania Sołżenicyna, w tym „Jeden dzień Iwana Denisowicza”. Nie tylko dlatego, że jest to utwór znacznie obszerniejszy, lecz także dlatego, że jego momentami alegoryczna wymowa i panoramiczna struktura pozwoliły na lepsze wyeksponowanie pisarskiego talentu. Wymowny tytuł powieści pozwala zawczasu określić miejsce rozgrywającej się akcji. Nie każdy bowiem wie, że w tyleż bogatym, ile przejmującym życiorysie Sołżenicyna było również miejsce dla choroby, jakkolwiek cynicznie by nie brzmiało. I to dla tej najbardziej niszczącej — raka. Twórca „Archipelagu Gułag”, jeśli wierzyć jego słowom, żegnał się już z życiem, aż wydarzył się cud uzdrowienia, niebagatelnego, jak to nierzadko bywa, dla uzdrowienia duchowego. Podarowano Sołżenicynowi życie, a on postanowił podarować jeszcze coś światu.

„Oddział chorych na raka” wbrew wspomnianym wcześniej skłonnościom do łączenia nazwiska Rosjanina z publicystyką zaangażowaną, gehenną łagrową oraz wbrew spotykanym opisom tej książki, nie jest powieścią jednostronną — o czytelnej alegorii równającej szpital z systemem totalitarnym. Taką alegorię prędzej znajdziemy w jakże odległym świecie „Lotu nad kukułczym gniazdem”. W „Oddziale chorych na raka” są natomiast prawdziwi ludzie i prawdziwi lekarze, nie w znaczeniu faktograficznym, ma się rozumieć, i owszem, znajdziemy tu pewne postawy symptomatyczne dla rosyjskiego społeczeństwa bądź jego określonych grup z czasów totalitaryzmu, ale w charakterystyce tych bohaterów jest zbyt wiele wyczucia i subtelności, by tak łatwo dopatrywać się w nich jakichś banalnych figur. Dość wspomnieć Rusanowa, reprezentanta sowieckiej nomenklatury, u którego pycha, arogancja i ideologiczne zacietrzewienie z czasem ustępują miejsca strachowi i apatii, bynajmniej nieprowadzącym do jakiejś łatwo przyswajalnej metamorfozy. Nie, przypadek Rusanowa pokazuje tylko, że postacie Sołżenicyna nie są papierowe, przeciwnie, żyją i podlegają jeśli nie ewolucji światopoglądowej, to zmianom emocjonalnym, które rzutują na ich postawy.

Prawdopodobnie błędem byłoby stwierdzenie, że tło historyczne czy społeczne jest w recenzowanej książce warstwą drugą, a może nawet trzecią. Tak naprawdę w „Oddziale chorych na raka” dochodzi do spotkania tych dwóch przerażających widm — widma śmierci i widma okrutnej epoki. Ciężar tej ostatniej rzutuje bowiem w jakiś niewypowiedziany sposób na zachowania i życie pacjentów oraz lekarzy. Wprawdzie to choroba, a wraz z nią śmierć, jest na planie pierwszym, to z czasem ścigają się pacjenci i to bliska perspektywa końca ich istnienia organizuje przede wszystkim ich myśli i rozmowy z towarzyszami z sali, ale jest w tym wszystkim także niszczący chłód totalitaryzmu. Sprzeczki ideologiczne pacjentów są równie znaczące, co milczenie pogrążonych w bólu (także psychicznym), a brak zrozumienia niektórych osób, w tym lekarzy dla doświadczeń łagierników symbolizuje rozdarcie wewnątrz rosyjskiego społeczeństwa.

Wśród bohaterów „Oddziału chorych na raka” jest też bowiem miejsce dla tych, którzy przekroczyli próg piekła Gułagu, a jeden z nich — Kostogłotow nosi nawet znamiona alter ego autora. O powinowactwie tym decyduje zarówno doświadczenie życia (umierania?) w łagrach, jak i obszerność wątku poświęconego tej postaci. Kostogłotow jest człowiekiem inteligentnym, ale okrutnie pokaleczonym przez los. Do szpitala trafił z zesłania, kiedy był już w stanie agonalnym. Na początku mogą razić jego upór, czepialstwo, chęć spierania się z lekarzami oraz skłonności do adorowania kolejnych kobiet. Dopiero z czasem dostrzeżemy w tych zachowaniach nieporadność, wrażliwość i to przejmujące (bo niezawinione) wybrakowanie bohatera, wybrakowanie, z którego sam Kostogłotow zdawał sobie sprawę. Sołżenicyn nie omieszkał uzupełnić historii tej postaci o rodzącą się miłość do jednej z lekarek, Wiery. Wątek ten, prowadzony ze sporym wyczuciem, pokazuje najlepiej — i to nie tylko na przykładzie Kostogłotowa, lecz także Wiery — jak brutalnie system sowiecki wyrzucił niektórych poza burtę.

A przecież znajdziemy w tej powieści wiele innych postaci i wiele różnych, często jakże odmiennych losów. Rzeczywiście, większość z nich nosi na sobie w jakiś sposób stygmat totalitaryzmu. Często są to niuanse, czasami rzeczy wręcz niewypowiedziane, ale wyczuwalne. Zarazem, jak już zostało to powiedziane, „Oddział chorych na raka” to też powieść o ludziach i emocjach, które nie są obce również nam — historie młodego chłopaka Diomki, któremu amputowano nogę, oraz ogarniętego pasją nauki zindoktrynowanego Wadima to przykłady łapczywej i nieco naiwnej młodości, którą los ciężko doświadczył, przypadek lekarki Ludmiły traktuje o poświęceniu i przewrotności losu; znajdziemy w powieści Sołżenicyna również bolesne spotkania ze śmiercią ; historia i epoka nie mają już w takich chwilach nic do powiedzenia. Nie sposób wymienić ich wszystkich, wszystkie jednak tworzą przejmujący pejzaż działania oddziału onkologicznego połowy XX wieku. A ten cień na kolejnych kartach powieści — to już cień epoki. Bo nie był to oczywiście taki zwykły oddział onkologiczny. I jedno, i drugie nie jest bez znaczenia. Jedno i drugie mogło zaprowadzić do śmierci. Duchowej lub cielesnej. Ale i dla nadziei pozostawił trochę miejsca Sołżenicyn. I tego się trzymajmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz