środa, 11 lutego 2015

❏ Od zemsty do Boga

Napisany przez Lewisa Wallace'a „Ben Hur” znany jest dzisiaj przede wszystkim z widowiskowej ekranizacji nakręconej pod koniec lat 50 z Charltonem Hestonem w roli tytułowej. W mojej pamięci tkwią zaledwie fragmenty filmu Williama Wylera, nie będzie też niespodzianką, jeśli powiem, że najlepiej zachowanym jest efektowny wyścig rydwanów, wciąż budzący zachwyt i niepoddający się czasowi pokaz możliwości, jakie daje X muza. Ale wśród zachowanych obrazów są i te bardziej kameralne — pierwsze spotkanie z Jezusem czy przyjście Ben Hura do wioski trędowatych. Film, mimo że tak niechlujnie obejrzany przeze mnie w dzieciństwie, nie dał zatem o sobie całkowicie zapomnieć. Coś z tego uroku pozostało, skoro postanowiłem sobie przypomnieć postać Ben Hura, nie w wersji filmowej jednak, lecz oryginalniej, tj. w pierwowzorze literackim.

Książka sprawiła mi sporą niespodziankę swoją objętością. Wyler wprawdzie nie dokonał podobnych akrobacji jak Peter Jackson przy przenoszeniu „Hobbita” na ekran, ale i tak stworzenie ponadtrzygodzinnego filmu z niedługiej przecież powieści należy uznać za nie lada wyczyn. W istocie oryginał to utwór nieobciążający czytelnika zbędnymi informacjami. Znamy typ powieści historycznych, które obfitują w postaci, zarówno te fikcyjne, jak i autentyczne — dziwić to zresztą nie powinno. W powieści Wallace'a oprócz tytułowego protagonisty znajdziemy zaś zaledwie kilka innych osób. Jednym z nich jest Messala, czyli antagonista Ben Hura. To właśnie konflikt między tymi dwoma, motywowany także animozjami narodowymi — jeden jest Rzymianinem, a drugi Żydem — doprowadzi do uwięzienia rodziny Ben Hura i wysłania go na galery, a później do planów zemsty na oprawcy. Tytułowemu bohaterowi pomagać będą, bardziej dobrą radą i mądrością, aniżeli czynami, Symonides wraz córką Esterą, szejk Ilderim oraz Egipcjanin Baltazar (tak, ten Baltazar!). Córka tego ostatniego, Iras, także będzie żywo zainteresowana młodym Żydem, ale z zupełnie innych powodów.

Chęć zemsty przynależy do świata przygody i do pewnego stopnia decyduje o charakterystycznym dla powieści awanturniczych stylu; tej samej proweniencji jest wątek miłosny. Autor krzyżuje jednak luźną konwencję powieści z ducha rozrywkowej z historycznością oraz przypowieścią o walorach religijno-apokryficznych. Do faktografii pewnie niejeden historyk mógłby się przyczepić, aczkolwiek powierzchowny sztafaż jest jak najbardziej widoczny — czuć starożytny Bliski Wschód, antagonizm między Żydami a Rzymianami jest widoczny, w tle przewijają się nazwiska postaci historycznych, całości nadano zaś koloryt orientalny, począwszy od piasków pustyni i wielbłądów a skończywszy na relacjach międzyludzkich, w których hierarchia pełni istotną funkcję. W tę opowieść autor wplótł postać Jezusa, nie w roli ornamentu, lecz bardziej jako źródło przemiany głównego bohatera.

Potraktowanie historii Zbawienia utylitarnie, zaledwie jako katalizator przemiany pojedynczego człowieka, nie byłoby jednak najlepszym posunięciem. W „Ben Hurze” uniwersalny wymiar przyjścia Jezusa na Ziemię jest wielokrotnie podkreślany, co więcej, jest podłożem dla dyskusji nad rzeczywistym charakterem działalności tajemniczego człowieka z Nazaretu. Dla Ben Hura przez długi czas Jezus ma być ziemskim królem — i tylko w takiej roli widzi Mesjasza — ale dla niektórych, np. dla Baltazara, Narodzony w Betlejem ma przygotować dla ludzkości coś więcej; ma przynieść jej odkupienie dusz. Te dwa poglądy będą się ścierać na kartach powieści, ale tylko jeden z nich, co zrozumiałe, zyska przychylność autora. W tę polemikę wpisuje się naturalnie chęć przedstawienia tego, co naprawdę powinno być istotne dla człowieka, w tym także poszerzenie ograniczonej, cielesnej i z ducha antycznej (przynajmniej w obiegowym rozumieniu) perspektywy o życie wieczne i rzeczywistą obecność jedynego Boga. Nie bez kozery Baltazar będzie pytać Ben Hura, oczekującego przyjścia ziemskiego władcy nad władcami, „czy lepiej żyć tu kilka dziesiątków lat, czy całą wieczność z Bogiem?”*. Rozważania nad tymi ideami dzięki obecności wykształconych postaci, takich jak wspomniany Baltazar czy szejk Ilderim, nie rażą sztucznością, chociaż nie powinniśmy też sobie wiele po nich obiecywać, autor dostosował je bowiem do profilu utworu. „Ben Hurowi” obce są akademickie wywody.

Powieść, pomijając nawet różnice formalne w środkach przekazu, ma bardziej dyskretny charakter od filmu Wylera, chociaż i jemu nie można bezwzględnie odmawiać wymowy religijnej. Nie jest też zresztą powiedziane, że każdemu przypadnie do gustu mieszanie obu porządków: przygodowego i religijnego. Historia Jezusa jest obok historii Ben Hura, z czasem ich losy zaczynają się co prawda przeplatać, tytułowy bohater podąża za Chrystusem i jego uczniami, relacjonuje cuda, m.in. przemienienie wody w wino i rozmnożenie ryb oraz chleba, jest wśród witających Go w dniu wjazdu do Jerozolimy. Ben Hur za każdym razem występuje jednak jako widz, dla czytelnika pozostaje zaś już tylko sprawozdanie z dokonanych obserwacji. Historia Jezusa dzieje się więc obok, nie jest żywa, bardziej służy rozważaniom Symonidesa oraz Baltazara, aniżeli rzeczywistemu odczuciu obecności Chrystusa. Bez wątpienia takie ujęcie postaci Jezusa pomaga w ucieczce przed Jego zbytnim uczłowieczeniem, a amerykański pisarz raczej nie chciał iść śladem Renana, który Chrystusowi odebrał całą boskość.

Ta asekuracja może mieć więc swoje uzasadnienie, ale niekoniecznie musi nam przypaść do gustu. Wallace wolał pozostać formalnie w granicach przypowieści i nieco enigmatycznego stylu znanego z Pisma Świętego (a przynajmniej wielu jego fragmentów), przemiana Ben Hura siłą rzeczy zatem nie do każdego trafi. Mimo pewnej szablonowości wpisanej w próby zachowania granicy między sacrum a profanum, książka warta jest jednak polecenia, tym bardziej, że jej lektura nie zajmie więcej niż dwa, trzy wieczory.

* Lewis Wallace, „Ben Hur”, wyd. Pelikan, Warszawa 1987, s. 136.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz