wtorek, 9 czerwca 2015

❏ Bohater bez decorum

Wśród najpiękniejszych kart zapisanych przez walczących Polaków, nie w samej II wojnie światowej, ale w naszej historii w ogóle, udział polskich lotników w Bitwie o Anglię zajmuje jedno z czołowych miejsc. Stało się tak nie przez samą doniosłość wydarzenia i wieńczący go militarny sukces — bądź co bądź, dzięki temu zwycięstwu w przestworzach ostał się w Europie aliancki przyczółek — ale również przez mit samego lotnictwa, tradycyjnie łączonego z odwagą, fantazją, indywidualizmem i co być może najważniejsze: wolnością. Dla niejednego chłopca to właśnie zawód lotnika był – i wciąż pewnie jest — pierwszym wyborem, dziecięcym wyborem, później najczęściej weryfikowanym przez życie. Chyba że ktoś, tak jak Jan Zumbach, zachował upór i nie pozwolił dziecięcemu marzeniu zgasnąć.

Nasz lotnik, bohater Bitwy o Anglię, zobaczył pierwszy samolot na niebie, kiedy był małym chłopcem. Życie na wsi raczej nie sprzyjało snuciu planów o zostaniu lotnikiem. Czy można wyobrazić sobie bardziej kontrastowe zestawienie? Wieś, czy to chłopską, czy ziemiańską, określało przywiązanie do ziemi, a tymczasem jednemu wyrostkowi zamarzyło się wzbić w powietrze. Taki los! W „Ostatniej walce” tym dziecięcym, a później młodzieńczym, pragnieniom poświęcone są pierwsze rozdziały. Po ich lekturze nie sposób sobie wyobrazić, aby życie Jana Zumbacha miało potoczyć się inaczej. Fascynacja samolotami nie była chwilowym kaprysem, ale pasją. Zumbach, mimo obiekcji matki, dopiął swego; kiedy zaczęła się II wojna światowa, był już pilotem.

Już pierwsze rozdziały pozwoliły zobaczyć w autorze nie figurę z brązu, ale raczej ogarniętego gorączką życia ekstrawertyka. Dzisiaj takiej osobie bylibyśmy skłonni przypisać tzw. pozytywne ADHD. Kiedy nasz lotnik nie mógł jeszcze wzbić się w powietrze, podbojów dokonywał na ziemi, skutkiem czego był m.in. okrągły brzuszek niejakiej Mirki. A i później, kiedy już razem z kolegami z RAF-u bronił angielskiej ziemi, w wolnych chwilach korzystał ze sławy wojownika przestworzy i przebierał w angielskich damach, mocno już wówczas znudzonych wiktoriańskim rygorem. Ale nie należy zrzucać wszystkiego na karb wspomnianej gorączki życia, chyba że i polskich kolegów Zumbacha uznamy za równie rozgorączkowanych, w relacji autora nie on jeden dość swobodnie sobie bowiem poczynał. Rozdziały poświęcone II wojnie światowej mogą pozostawić jednak pewien niedosyt. Zumbach wprawdzie konsekwentnie prowadził zeszyt lotnika, w którym zapisywał, z jakimi maszynami w danym dniu walczył, ile samolotów strącił, ile uszkodził, i w jakich warunkach przebiegały walki, ale mimo tego materiału (albo właśnie przez uzależnienie od niego), widać że na tych opisach legł cień czasu – nie wszystkie potrafią przykuć plastycznością czy przywiązaniem do szczegółu.

Narracja nabiera rumieńców, kiedy Zumbach zaczyna opisywać swoje losy po wojnie. Do pozytywnego ADHD dołączyła jeszcze jedna motywacja — motywacja znana nam wszystkich, chociaż nie wszyscy chętnie się do nie przyznajemy. Pieniądze. Nie będzie dużym przekłamaniem stwierdzenie, że nasz bohaterski lotnik zajął się po wojnie kręceniem biznesu, najczęściej nielegalnego. A że po wojnie miał szczęście znaleźć się po słusznej stronie żelaznej kurtyny, to i okazji do kręcenia biznesu było niemało. Oczywiście Zumbach nie omieszkał połączyć swojej życiowej pasji z chęcią zarobienia pieniędzy. Oficjalna sieć powietrznych taksówek była tylko przykrywką dla działalności polegającej na przemycie waluty, diamentów czy papierosów. Historia ta obfituje we wzloty i upadki, a jako że o upadkach lepiej się czyta (a może i pisze), to i w „Ostatniej walce” znajdziemy ich niemało. A to koledzy coś popsuli, a to pogoda spłatała figla, a to pech dał o sobie znać. Nierzadko zamiast nadwyżki, nie było nawet zwrotu kosztów. Trzeba było dopłacać. Oczywiście klęski to tylko punkty w paśmie efektywnej działalności powietrznego towarzystwa przewozowego.

Jeśli ktoś pomyślał, że to najciekawsza część autobiografii naszego lotnika, to jest w błędzie. Prawdę powiedziawszy, opowieści z czasów przemytniczej działalności, mimo akcentów przygodowych, są właśnie niczym innym, jak swoistą księgą rachunkową, może i niestandardową, ale jednak odpowiednio sprofilowaną, właśnie pod kątem prowadzenia biznesu. Zdecydowanie najciekawszymi rozdziałami „Ostatniej walki” są te poświęcone pracy w roli najemnika. Zumbach jako ceniony lotnik najpierw pomagał Katandze w walkach w Kongu, a później ludowi Ibo w Nigerii. Był to czas wyjątkowego wrzenia na Czarnym Lądzie; kolonie zakończyły swój żywot, a tubylcy nierzadko rozgrywani przez obce mocarstwa wystąpili przeciw sobie. Nie walory przygodowe decydują o zaletach tych rozdziałów, ale obserwacje społeczne. Autor „Ostatniej walki” nie miał najlepszego zdania o przywódcach Katangi, figurach rodem z jakiejś drugorzędnej operetki, przypominających bardziej błaznów niż żołnierzy, znacznie lepiej oceniał Ibo. Przez kontrast z Katangą — a Zumbach nie unikał porównań – zalety chrześcijańskich mieszkańców Nigerii zostały wyeksponowane jeszcze mocniej.

W autobiografii Zumbacha zwraca uwagę brak jakichkolwiek deklaracji światopoglądowych, nie inaczej jest z walkami w Afryce. Możemy się tylko domyślać, że nie zawsze chodziło tylko o pieniądze czy pozytywne ADHD; wybór Katangi, a już szczególnie Ibo musiał być podyktowany czymś jeszcze. Autor nie mówi o tym jednak wprost. Książka pozwala za to uchwycić pewien rys psychologiczny Zumbacha. Między wierszami wyczytamy, co w jego duszy grało — z całą pewnością poza odwagą i wspominaną już gorączką życia bliskich mu była kilka innych wartości. Być może największą zaletą książki nie jest zatem jej tło historyczne, obfitujące w przygody, ale obszar przeznaczony na opinie i oceny. To dzięki nim dowiadujemy się więcej zarówno o samym Zumbachu, jak i o wydarzeniach, w których przyszło brać mu udział. Ale i tym, którzy zmysłu obserwacyjnego sobie nie cenią, książka powinna przypaść do gustu; bo chociaż nie jest pozbawiona wad i słabszych momentów, daje nie tak znowu codzienną okazję poznania jednego z bohaterów II wojny światowej bez decorum. Nie tylko dlatego, że życie Jana Zumbacha nie zawsze korespondowało z ideałami i naszą polską, wojenną mitologią, lecz także dlatego, że sam autor pretensji do bycia ideałem — o czym świadczy właśnie „Ostatnia walka” — nie zgłaszał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz