czwartek, 3 grudnia 2015

❏ Fides et ratio

Współcześnie dość powszechnie uważa się, że jak fides to już nie ratio – i nie chodzi nawet o to, że nie każdy wierzy w symbiozę obu porządków czy też ich bezkolizyjność, niektórzy żywią po prostu przekonanie, że ci od fides z zasady nie potrafią posługiwać się narzędziami danymi przez naukę, a mówiąc nieco prościej – rozumem. Tymczasem nie ma tak łatwo. Wielki apologeta chrześcijaństwa, i to w duchu ortodoksyjnym, Gilbert Keith Chesterton bohaterem swojego cyklu detektywistycznego uczynił księdza. Księdza Browna.

Przyzwyczajeni do konfrontowania obu wspomnianych wcześniej porządków — a przyzwyczajeniu temu może sprzyjać dość głośna, chociaż w istocie trzeciorzędna, marginalna działalność współczesnych poszukiwaczy demonów — możemy uznać głównego bohatera opowiadań za egzemplarz dość nietypowy. Ksiądz Brown nie tłumaczy bowiem, jak moglibyśmy się spodziewać, kolejnych zbrodni ingerencją szatana czy działaniem nadprzyrodzonego, ale szuka dla nich racjonalnych wyjaśnień, takich, którym prawa fizyczne, biologiczne i chemiczne nie stoją na drodze. W tym trzeźwym oglądzie rzeczywistości nierzadko dystansuje towarzyszące mu postaci, wśród których znajdują się również ateiści, sceptycy czy przedstawiciele nauk ścisłych.

„Przygody księdza Browna” nie są oczywiście, co warto zaznaczyć, młotem na jakichkolwiek przeciwników, nie ma w nich też publicystyki. To w gruncie rzeczy utwory detektywistyczne o bardzo klasycznym fundamencie z dodatkiem angielskiego humoru. Ksiądz Brown jest poniekąd figurą, w której pobrzmiewa echo typowych dla baśni motywów kompensacyjnych — jest niepozorny, wręcz mały, przeciętny, skromny, początkowo zawsze na drugim planie, a jednak to właśnie on rozwiązuje zagadki, którym inni sprostać nie byli w stanie. Dlatego, że jest geniuszem? Bynajmniej. To też dość istotna cecha odróżniająca księdza Browna od wielu innych detektywistycznych postaci, chociażby od Sherlocka Holmesa, z którym zresztą ma też niemało punktów wspólnych (umiejętność dostrzegania najmniejszych szczegółów) — narrator w żadnym miejscu nie tworzy wrażenia, że mamy do czynienia z geniuszem, również sam ksiądz Brown tego nie robi. W tle jest raczej sugestia, że księżulo (tak czasami określa go narrator) sprawnie korzysta z narzędzia wspólnego człowiekowi jako takiemu — z rozumu. Tylko tyle i aż tyle.

Tradycyjność tych opowiadań wiąże się również z ich statycznością. Nie są to w żadnym razie utwory, w których mielibyśmy bardziej dynamiczną akcję angażującą głównego bohatera. Wprawdzie ksiądz Brown i pozostali bohaterowie nie zawsze pojawiają się na scenie post factum, czasami mamy do czynienia z równoległością przestępstwa i poczynań postaci, ale najważniejsza część, czyli rozwiązywanie zagadki, opiera się na dedukcji i analizie tego, co się wydarzyło, innymi słowy, bystry kapłan nie musi z reguły już nigdzie chodzić, badać, rozmawiać, a nawet jeśli to robi, to my otrzymujemy już końcowy wykład, dzięki któremu tajemnica zostaje przed nami odsłonięta. Jako czytelnicy jesteśmy tu trochę jak dzieci we mgle, ale nie ryzykowałbym stwierdzenia, że znajdujemy się na straconej pozycji. Pewnych rzeczy możemy się czasem domyślać, tym bardziej że ksiądz Brown ma w zwyczaju enigmatycznie czy za pomocą metafor sygnalizować, jeszcze przed właściwym rozwiązaniem zagadki, co zwróciło jego uwagę — to właśnie miejsce dla czytelników i ich wyobraźni; oczywiście można przejść od razu do dalszej lektury, ale można też samemu zmierzyć się z tajemnicą — ile w tym będzie udziału intuicji, a ile praktycznego wykorzystania narządu pod czaszką, to już inna sprawa. Trzeba jednak zaznaczyć, że w cyklu znajdziemy zagadki, które poziomem skomplikowania mogą dorównać słynnemu „Zabójstwu przy Rue Morgue” Edgara Allana Poego, także musimy być świadomi, że trzeba nam się będzie zdać przede wszystkim na księdza Browna.

Zaniepokojonych stopniem uwikłania naszego detektywa w chłodny i bezduszny racjonalizm uspokajam — dla głównego bohatera zagadki są często inspiracją dla pewnych refleksji natury moralnej czy też, moglibyśmy powiedzieć, antropologicznej. Odpowiedź na pytanie „kto zabił?” nie wyczerpuje ciekawości księdza Browna. W tle jest zawsze „dlaczego?”. To ostatnie pytanie uzmysławia nam i postaciom towarzyszącym kapłanowi, że u źródeł przestępstw stoją określone słabości czy przywary. Te uwagi są czynione zawsze niejako mimochodem, na dodatek ze szczyptą angielskiego humoru, dla którego ironia nie jest czymś obcym, dlatego cykl nie popada w żadnym miejscu w moralizatorski ton — tę swoistą warstwę dydaktyczną opowiadań o księdzu Brownie możemy traktować jako wartość naddaną. Nie czyni ona „Przygód księdza Browna” gorszymi czy topornymi, ale właśnie atrakcyjnymi.

Trudno powiedzieć, aby opowiadania z pociesznym duchownym się zestrzały — przeciwnie, chociaż to tylko beletrystyka, to obecna w nich bezkonfliktowa, a przy tym fundamentalna, koegzystencja nauki i wiary może być szczególnie dzisiaj przypomnieniem, że oba porządki mogą spokojnie współistnieć, przypomnieniem zarówno dla tych, którzy prawie wszystko (co złe) tłumaczą nadaktywnością szatana, jak i dla tych, którym się wydaje, że wiara to przeszkoda na drodze poznania. A nawet, jeśli machniemy na to ręką, to i tak nadal pozostanie nam kawał solidnej literatury detektywistycznej.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz