czwartek, 24 marca 2016

❏ Meksyk cierpiący

Meksyk – już nie tylko tequila, sombrero, kaktusy i mariachi, ale również narkotyki, egzekucje, ucięte głowy i porwania. Południowego sąsiada Stanów Zjednoczonych – z którymi spadkobierca korony hiszpańskiej od lat uwikłany jest w perwersyjny narkozwiązek – kojarzy się dzisiaj coraz częściej z tą mroczniejszą stroną życia na naszej planecie. Na temat meksykańskich wojen narkotykowych napisano za oceanem, na obu kontynentach, tony opracowań i dzieł literackich. Do odległej Polski, której szczęśliwie nie dotyczy ten karnawał krwi i zbrodni, docierają strzępy informacji, najczęściej w formie ponurych statystyk podających liczbę zabójstw albo dzięki kinu i serialom. Wśród tych materiałów znajdziemy też takie perełki jak „El Narco” Ioana Grillo, brytyjskiego dziennikarza, który w Meksyku spędził kilka dobrych lat.

Książka Brytyjczyka nie jest dogłębnym studium, za którego sprawą świat wojen narkotykowych odkryje przed nami wszystkie tajemnice, prawdopodobnie zresztą napisanie takiej swoistej „monografii” tego zjawiska byłoby rzeczą bardzo trudną, a w każdym razie niezwykle pracochłonną, ponieważ jest ono zbyt złożone, wymaga nie tylko orientacji w faktografii, lecz także w specjalistycznych naukach – antropologii, politologii czy religioznawstwie. Tego ta czterystustronicowa publikacja nie jest nam w stanie zaoferować. W zamian otrzymujemy w skondensowanej i przystępnej formie omówienie wszystkich najbardziej znaczących i charakterystycznych dla meksykańskiej narkoprzestępczości wątków. Autor podzielił swoje opracowanie na trzy główne części: „Historię”, „Anatomię” i „Przyszłość”, których tytuły już nam wiele mówią o metodzie zaznajamiana czytelnika z tym, co się dzieje w ostatnich latach w Meksyku.

A właściwie nie latach, ale dziesięcioleciach. Źródeł bądź też nieśmiałych początków obecnej, dalekiej od ideału, sytuacji w meksykańskim państwie należy bowiem szukać w przeszłości – tak zrobił Ioan Grillo w pierwszej z wymienionych części. Autor sięgnął i do opiumowej ekspansji realizowanej rękoma Chińczyków, i oczywiście do rozwijającego się „przemysłu” eksportowego w Ameryce Łacińskiej, szczególnie w Kolumbii, w której działał kartel z Medellin. To właśnie organizacja Pablo Escobara zalała, a raczej zbombardowała, kokainą Stany Zjednoczone w latach 80. No właśnie, Stany Zjednoczone – nawet jeśli chcielibyśmy pozostawić je w roli nieszczęśliwego biorcy i postronnej ofiary dzikiego rozpasania południowców, to autor nam to skutecznie utrudnia. W istocie USA są na stałe zrośnięte z problemem narkotykowym za południową granicą, mimo że na razie nie doświadczają choćby w niewielkim stopniu tego, z czym zmaga się sąsiad za Rio Grande. Autor „El Narco”, nie wikłając się w teorie spiskowe, zwraca uwagę na to, co za oceanem jest tajemnicą poliszynela – że CIA przez sponsorowanie niektórych ruchów antyrewolucyjnych (antykomunistycznych), np. Contras w Nikaragui, pośrednio finansowała przemyt narkotyków na terytorium Stanów Zjednoczonych. Brak skoordynowania działań różnych agencji (antynarkotykowej DEA i uwikłanej w polityczne szachy CIA) to przyczynek do refleksji nad płynną granicą między tym, co dobre, a tym, co złe, tym, co słuszne, a tym, co niesłuszne, ale największą dawkę niepokoju przynosi świadomość, że popyt rodzi podaż. Funkcjonujące na południu – już w latach dziewięćdziesiątych – powiedzenie, że Kolumbijczycy produkują, Meksykanie dostarczają, a Amerykanie używają nie pojawiło się znikąd. Komentarze Grillo są oszczędne, książka nie jest antyamerykańska, ale podczas jej lektury nie da się uniknąć wrażenia, że w tym splocie różnych okoliczności i czynników jest również miejsce dla przewrotnej ciągłości – od amerykańskiego narkotykowego boomu lat 60 powstałego na gruncie kontrkulturowej rewolucji miłości po 1000 pesos (kilkadziesiąt dolarów) za życie ludzkie we współczesnym Meksyku. Świat nie jest prosty – stwierdzenie, które kwituje się wzruszeniem ramion, tak brzydko bowiem pachnie truizmem, dzięki „El Narco” nabiera świeżości i na nowo niepokoi.

„Anatomia” jest już ściśle związana z funkcjonowaniem karteli meksykańskich, które w latach 90 przejęły schedę po Kolumbijczykach, by w XXI wieku pogrążyć się w wewnętrznych krwawych walkach. Rozdział ten pokazuje nam złożoność powstałego zjawiska, które daje się opisywać z kilku perspektyw: handlowej, kulturowej, religijnej i politycznej. Ta pierwsza jest zrozumiała, druga nieobeznanemu z tematem czytelnikowi może przynieść niemało zaskakujących informacji. Oto narkokultura wypracowała szczególny gatunek muzyki zwany narkoballadami, w których opiewane są czyny mafijnych bossów. To tradycyjne meksykańskie melodie, nam, Polakom, kojarzące się może z biesiadnymi pieśniami i weselami (z nieco bardziej melancholijną i rzewną nutą oraz wolniejszym tempem), tyle że ich treść wypełniają przemoc i narkotyki. Religia to temat rzeka, materiał na antropologiczną pracę. Meksykanie są w większości katolikami, ale ostatnie dziesięciolecia, a szczególnie lata, przyniosły rozkwit synkretyzmów, często patologicznych, które pozwalają wierzyć i mordować bez wyrzutów sumienia (przywódca jednego z karteli napisał nawet własną biblię, a swoją organizację zideologizował, zamieniając w rodzaj sekty). Antropologowie coraz częściej w dekapitacjach i upodobaniu do rozczłonkowywania i patroszenia przeciwników, a także w niezwykle popularnym kulcie Świętej Śmierci (ci, którzy oglądali „Breaking Bad”, pamiętają zapewne trupie czaszki, bynajmniej niebędące wykwitem bujnej fantazji twórców, do których modlili się dwaj bracia sicarios), dostrzegają pobrzmiewające echo dawnych krwawych, azteckich rytuałów. Własna, chociaż wynaturzona, kultura, często podlana pikantnym ideologiczno-religijnym sosem, a do tego ogromne środki pieniężne wypracowywane przez handel narkotykami (i nie tylko), dzięki którym kartele kładą łapy także na innych gałęziach gospodarki i z taką łatwością korumpują urzędników, w tym policjantów, zmuszają do zadania pytania: czy to tylko organizacje przestępcze, czy państwo w państwie? Czy ich krwawą wojnę można jeszcze umieścić w ramach działalności kryminalnej, czy jest to już powstanie wymierzone w rząd i ład społeczny?

Pytaniom tym, zadawanym również przez samego autora, musi towarzyszyć niepokój – wypełnia on zresztą całą książkę, również rozdział poświęcony przyszłości. Narkokultura zagnieździła się bowiem głęboko w strukturze meksykańskiego społeczeństwa, wydaje się, że głębiej niż onegdaj w Kolumbii (która wprawdzie w raj na Ziemi się nie zamieniła, ale w końcu poradziła sobie jako tako z problemem), i chociaż wymieniani w „El Narco” dziennikarze i działacze organizacji antynarkotykowych, antyprzestępczych czy socjalnych – zorientowanych na edukację młodych ludzi ze slumsów – mogą budzić podziw za odwagę, to zarazem przypominają Dawida występującego przeciw Goliatowi. Kartele przerażają nie tylko z powodu bestialstw, których się dopuszczają (coraz częściej na cywilach, o czym może świadczyć zwiększająca się liczba porwań dla okupu, także ludzi średniozamożnych), i zagubienia wartości, ale również z powodu ich siły i pozycji, które w obliczu braku alternatyw dla młodych Meksykanów, nadają dramatycznego tonu pytaniu o przyszłość Meksyku. Ostatnia część książki, poświęcona i możliwej ekspansji karteli narkotykowych, i sposobom jej zapobiegania, może rzeczywiście wpędzić w nie najlepszy nastrój, ale paradoksalnie przypomina nam też, że Meksyk to kraj, w którym żyje ponad sto milionów ludzi, a sama aglomeracja stolicy to pod względem liczby mieszkańców pół Polski. To nadal w większości zwykli ludzie, przywiązani do relacji rodzinnych i niekoniecznie modlący się do Świętej Śmierci. Czy uda im się odmienić Meksyk, może nawet, jakkolwiek górnolotnie by to zabrzmiało, uratować go?

Ioan Grillo książkę napisaną pięć lat temu, w 2011 roku, kończy wezwaniem do nietracenia ducha:

Guadalupe przyszła na spotkanie z trzymiesięcznym niemowlęciem, które śpi, gdy ona, szlochając, opowiada swoją historię. Nagle dziecko budzi się, po czym znów zasypia. Pytam ją, jak ma na imię. <<Juan Carlos>>, odpowiada, tak jak jej pierwszy syn, który zginął w strzelaninie. Najmłodszy nosi to imię ku czci zabitego. Jego matka ufa, że ten mały człowieczek, gdy dorośnie, stworzy lepszy świat niż ten, w którym zginął jego brat. My też musimy mieć nadzieję*.

Dzisiaj wiemy, że mały Juan Carlos oczyma dziecka patrzy na ten sam świat, który widział jego tragicznie zmarły brat – w latach 2007-2014 w Meksyku zginęło 164 tysięcy ludzi, więcej niż w tym samym czasie w ogarniętych wojną Iraku i Afganistanie – lepszy świat nadal może jednak stworzyć.

* Ioan Grillo, „El Narco”, tłum. Andrzej Górka, wyd. REMI 2012, s. 403.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz