niedziela, 13 marca 2016

❏ Mizantropia przepoczwarzona

Współczesność nie zauważyła, jak stara mizantropia, zawsze więcej mówiąca o mizantropie niż o świecie, przepoczwarzyła się w bolesny nihilizm, którego źródłem jest pozorna demaskacja rzeczywistości, a właściwie przekonanie o niemożności dokonania tej demaskacji. Nihilizm — bierny, apatyczny, cyniczny, zdolny przenicować całkowicie duszę — wydaje się dzisiaj bardziej wiarygodny niż jego poczciwa poprzedniczka, a przecież i jedno, i drugie bierze się tyleż z nędzy tego świata, ileż — a może przede wszystkim — z wewnętrznego kryzysu takiego gorzkiego samotnika albo właśnie nędzy, tyle że wewnętrznej; na ile zaś nabytej, a na ile wrodzonej to już inna kwestia. W przypadku autora „Podróży do kresu nocy” zresztą dość istotna. W zasadzie nie wiadomo bowiem, czy Louis-Ferdinand Céline w ogóle przechodził jakiś kryzys. Kiedy czyta się jego ponurą, oblaną żółcią powieść, można odnieść wrażenie, że on taki już był, z grymasem na twarzy od kolebki, ze skazą tak głęboką, że wykraczającą nawet poza traumy, którym psychologowie zwykle przypisują znaczenie w powstawaniu wypaczeń umysłowych. Oczywiście i z tej powieści da się pozbierać ziarna prawdy o świecie, ale tak naprawdę jest to książka nie o tym, co nas otacza i co otaczało jej autora, tylko o jednostkowym widzeniu rzeczywistości i ludzi. W ten sposób, jakkolwiek paradoksalne mogłoby się to wydawać, też można opowiedzieć o współczesności.

Céline w przeciwieństwie do mizantropów i nihilistów zamkniętych w wieżach z kości słoniowej, niemających pojęcia o świecie, ale chętnie go kontestujących, widział wiele i wiele przeżył, co może go uwiarygodniać w oczach czytelnika. Biografowie francuskiego pisarza największe znaczenie w powstawaniu bolesnych blizn na jego psychice przypisywali — nie bez słuszności — udziałowi autora w I wojnie światowej, wówczas jeszcze zwanej wielką wojną, która, wydawać by się mogło, ze względu na skalę i niespotykaną dotychczas masowość, była zjawiskiem bez precedensu, z czego zresztą Céline doskonale zdawał sobie sprawę — dowodzą tego dobitnie dwie strony upstrzonej wykrzyknikami, zajadłej analizy, z której zebrałoby się kilkanaście gorzko-kwaśnych bon motów, jak ten, którym podsumowuje emancypację mas po rewolucji francuskiej („Pojawił się za to, rzecz całkiem nowa, żołnierz bezinteresowny... Było to tak bardzo świeże zjawisko, że nawet Goethe, sam wielki Goethe, kiedy zjawił się pod Valmy, osłupiał kompletnie. Kiedy więc zobaczył te obdarte i zajadłe kohorty, które dały się spontanicznie wypatroszyć władcy Prus, występując w obronie patriotycznej fikcji, stwierdził, że widać jeszcze wielu rzeczy musi się nauczyć”[1]). Ten wojenny trop jest rzeczywiście w pewnym stopniu zasadny, hekatomba z lat 1914-1918 odsłoniła bowiem, w mniemaniu Céline'a, prawdę o człowieku, prawdę niezwykle bolesną, której wspomnienie nieszczęsny Louis-Ferdinand musiał nosić do końca życia. Dlatego nawet kiedy spotykał albo widział kogoś życzliwego, czy też po prostu zwykłego, neutralnego i nieokreślonego, zakładał, że to jedynie maska, za którą najpewniej czai się skaza. Tak, niekoniecznie zaraz potwór — ten siedział wszakże głęboko w ukryciu i czekał na sprzyjające okoliczności, by pokazać kły — ale skaza, Céline miał bowiem dar w obrzydzaniu ludzi nawet z małymi wadami, nie potrzebował zaraz przypisywać im najohydniejszych czynów.

W istocie wszystkie kolejne doświadczenia Céline'a, a właściwie narratora i głównego bohatera, Bardamu, który jest jednak w dużej mierze alter ego pisarza („Podróż do kresu nocy” jest odbiciem wojaży samego autora), to w jakimś stopniu poszukiwanie potwierdzeń tego, co składało się na traumę powojenną — przekonanie o małości człowieka, pustce bądź brutalności pudrowanej konwenansami czy normami społecznymi. To dlatego, opisując swój pobyt w afrykańskich tropikach, narrator zauważa że „w chłodzie Europy, tam na północy, wśród pruderyjnych szarości, pomijając rzecz jasna wszelkie jatki, możemy jedynie podejrzewać, jak okrutni są nasi bliźni, ale cała ta przegniła i cuchnąca biała materia pojawia się w całej swej okazałości na powierzchni, gdy tylko znajdzie się w rozgorączkowanych tropikach”[2]. Niechęć do ludzi ma w przypadku głównego bohatera wyjątkowe zdolności adaptacyjne, pejzaże mogą się zmieniać, ale ona w swoim fundamencie pozostaje stała. Gdy Bardamu znajdzie się w Ameryce, gorzkimi słowy skomentuje jałowość życia ludzi uwikłanych w pracę i raczkujący konsumpcjonizm: „Smutny widok, kiedy się patrzy na tych ludzi, którzy idą spać, widać bowiem, że obojętne im jest to, co się wokół nich dzieje, widać dobrze, że nawet nie starają się zrozumieć, dlaczego tak jest, dlaczego w ogóle istnieją. Zupełnie ich to nie obchodzi. Śpią byle jak, są jak ostrygi, jak wzdęte pęcherze, kompletnie wyzbyci emocji, wszystko jedno czy Amerykanie, czy nie. Ale zawsze mają spokojne sumienie”[3]. Powrót do Francji i rozpoczęcie praktyki lekarskiej bynajmniej nie przyniosą wolty, tutaj narrator narzeka z kolei na swoich pacjentów: „Jeśli chodzi o chorych, moich klientów, nie miałem co do nich żadnych wątpliwości... w innej dzielnicy wcale nie będą ani mniej pazerni, ani mniej ograniczeni, ani też mniej wredni niż ci tutaj. To samo tanie winko, to samo kino, te same komentarze sportowe, taki sam entuzjazm w zaspokajaniu naturalnych potrzeb, od gęby po dupsko, dokładnie tym samym żyć będzie ta rozhulana horda, ten motłoch przywalony gnojem, dryfujący od jednej plotki do drugiej, wiecznie nabzdyczony, złośliwy, a wszędzie machlojki albo agresja, między dwoma odruchami paniki”[4]. Ameryka, tropiki i Francja to tylko tło, wszystkie te rejony i środowiska łączy wspólny mianownik — człowiek, którego nędza może, co najwyżej, przybierać inny kształt w tym czy innym państwie bądź grupie ludzi. Nie są to też, rzecz jasna, z trudem wyłuskane z powieści cytaty poświadczające niewiarę Céline'a w swoich bliźnich czy też innych przedstawicieli gatunku Homo sapiens, jak by zapewne wolał powiedzieć. „Podróż do kresu nocy” jest nimi usiana od początku do końca. To jeden długi, bolesny spazm.

Sam narrator, czego powyższe cytaty może nie poświadczają, bynajmniej się nie wybiela ani nie stawia ponad wspomnianym motłochem. O nie, w żadnym razie. On jest taki sam, nie przyznaje się do tego demonstracyjnie w ramach udawanej szczerości, robi to zupełnie naturalnie, pokazując siebie w codziennych realiach , pokazując jak zjadliwie potrafi myśleć o innych, jak ucieka od odpowiedzialności, uprawia blagę i złorzeczy. Nie jest potworem, tak jak i większość przedstawianych w powieści ludzi daleka jest od potworności, ale często odpycha zniesmacza, męczy, razi małostkowością i podważaniem wszystkiego bez wyjątku. Poszukiwacze pęknięć w mrocznej duszy, przez które prześwitywałoby człowieczeństwo wraz z wrażliwością i tęsknotą za czymś szlachetniejszym, mogą się zawieść, chociaż jest przynajmniej jeden taki fragment, w którym nieprzyjemny grymas na obliczu narzekającego narratora wyraźnie tężeje i odsłania jego bardziej ludzką twarz — to opis niejakiego Alcide'a, który przebywał w tropikach, aby zagwarantować przyszłość małej bratanicy, która straciła rodziców: „Ofiarował, prawie że nieświadomie, tej małej dziewczynce, która była jakąś tam jego krewną, całe lata tortur, unicestwienie samego siebie i swojego życia w tej upalnej monotonii, w warunkach właściwie żadnych, a robił to bez wahania, bez zastrzeżeń, bez żadnej korzyści poza tą, która wynikała z potrzeby zaspokojenia uczuć. I chociaż nie było tego po nim widać, to przecież ofiarowywał tej małej dziewczynce czułość tak ogromną, że wystarczyłoby na stworzenie na nowo tego świata (...). Zasnął w jednej chwili przy płomieniu świecy. Wstałem, aby dobrze przyjrzeć się w tym świetle jego rysom. Spał tak jak każdy. Wyglądał tak jak inni. A jednak nie byłoby to całkiem bezsensowne, gdyby istniało coś, po czym można by było odróżnić ludzi dobrych od złych”[5]. Później narrator, rzuconymi mimochodem wtrętami, oczywiście podważy ten obraz, wyeksponuje naiwność Alcide'a, ale tutaj, teraz — czy w ten sposób mógł napisać człowiek, w którym nie było tęsknoty i wrażliwości?

Oczywiście znajdą się tacy, którzy dostrzegą w tym blagę, niektórzy powiedzą, że blagą jest cała książka, której kontrowersyjna ponurość to skutek podjętej przez Céline'a wyrafinowanej strategii marketingowej, a dla jeszcze innych wylewana frustracja i niechęć będą dowodem na nieumiejętność pogodzenia się z złem, także tym obecnym wewnątrz, a więc negatywne emocje paradoksalnie staną się świadectwem skrywanej przez autora wrażliwości. Każda z tych interpretacji jest możliwa, wydaje się jednak, że językowa wirtuozeria w służbie pesymizmu to nie manipulacja nastawiona na wzbudzenie zainteresowania widowni, ale szczera „mowa duszy” francuskiego pisarza. Płyniemy z tym językiem — cóż z tego, że bardziej przypomina szlam niż krystalicznie czysty strumyk — prawdziwie żywym językiem, którego echo odbija się nawet w polskich przekładach, i to właśnie z powodu jego bezkompromisowej bezpośredniości nie rezygnujemy z czytania. To nie legenda — „Podróż do kresu nocy” nie bez przyczyny uznano za językowe objawienie.

I chociaż powieść Céline'a niewiele powie nam o świecie, to wbrew temu, co można by pomyśleć, nie będzie wyłącznie wyznaniem jednego człowieka. Niewiara obecna w „Podróży do kresu nocy”, o ile oczywiście przyjmiemy, że jej źródłem nie jest wspomniany we wstępie stygmat, z którym pisarz się urodził, nie jest tylko wyrazem osobistych doświadczeń, sprzyjał jej i nadal sprzyja klimat czasów, a więc coś, co Céline dzielił z innymi. To skutek podminowania fundamentów myślenia o człowieku — podlegającemu już materii i nieczułemu losowi, a nie Bogu, i wartościach — już nie absolutnych, ale doraźnych, relatywnych, a przez to niezaspokajających potrzeb duchowych. Można żyć jeszcze jak człowiek, ale już nie wierzyć, że jeszcze się nim jest. To przypadek Céline'a, bynajmniej nieodosobniony. „Podróż do kresu nocy” nie mówi o upadku współczesnego świata i człowieka, mówi o upadku myślenia o nich, o niewierze w człowieczeństwo — u francuskiego pisarza doprowadzonej aż do kresu nocy, ale w mniejszych bądź większych dawkach dzielonej i dzisiaj przez wielu z nas.

---

[1] Louis-Ferdinand Céline, „Podróż do kresu nocy”, tłum. Oskar Hedemann, wyd. Czuły Barbarzyńca, 2013, s. 76.
[2] Ibid., s. 125.
[3] Ibid., s. 221-222.
[4] Ibid., s. 381.
[5] Ibid., s. 180.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz