czwartek, 28 kwietnia 2016

❏ Ekskluzywizm zbrodni

Nie uwierzyłem Genetowi w to, że zbrodnia jest piękna jak skąpane w promieniach słońca czyste niebo, ani w to, że zbrodniarz, niczym kwiat w morzu chwastów, może zachwycać swoją wyjątkowością, łatwiej uwierzyć w to, że sam autor, wychodząc poza czystą kreację, tak właśnie myślał. I wierzył w to. Jego „Dziennik złodzieja” to proza na swój sposób prawdopodobnie nie mniej hermetyczna od publikacji poświęconych fizyce kwantowej. Nie miałem do niej wstępu, przeszedłem zdziwiony – nawet nie zniesmaczony – obok, tak jak bez wątpienia wielu innych czytelników. Genet nie zostawił nam wiele miejsca na konfrontację naszych wartości z jego ostentacyjnym odrzuceniem porządku, ekskluzywizm zbrodni nie ma bowiem u niego charakteru etycznego, tylko – estetyczny.

Główny bohater dziennika, którego oczywiście możemy utożsamiać z samym autorem, to postać z tego rejonu społecznego życia, który my nazywamy marginesem, a który dla Geneta był gorącym źródłem emocji, często pozytywnych. Tam, w trójkącie zdrady, zbrodni i homoseksualnej perwersji, tkwi zasada jego życia, a w nią wrośnięta jest kontestacja tego, co „nasze”. Opozycja „nasze – wasze”, którą narrator czasami werbalizuje, wznosi jeszcze wyżej i tak niemałą już barierę; jest potwierdzeniem rzeczywistej przepaści między dwoma światami. Barierę tworzy oczywiście sama historia, ale nie tylko – również jej artystyczne opracowanie. Losy włóczęgi i złodzieja, który nawiązuje kolejne romanse z mężczyznami, są nie do przyswojenia i nie poddają się łatwemu odrzuceniu, ponieważ Genet wulgarność przykrywa woalem tkliwego, melodyjnego mizerabilizmu. Wydawać by się mogło, że to za mało, by nie odrzucić go ze wstrętem, a jednak wystarcza, aby patrzeć na niego ze zdziwieniem i niezrozumieniem.

Historia przedstawiona w „Dzienniku złodzieja” nie jest anatomią zbrodni – zbrodniom tym, a raczej małym przestępstwom i plugastwom, o prawdziwej zbrodni, morderstwie, narrator bowiem tylko marzy, nikt tutaj nie przygląda się przez szkiełko i oko, tylko przez serce. To pozostawia nas bezradnymi, ponieważ swoisty uczuciowy liryzm, którym spowici są kolejni mniej lub bardziej ordynarni kochankowie głównego bohatera, a wraz z nimi występna miłość, przestępcza działalność, w końcu zaś włóczęga, czyni zło nieprzejrzystym i umieszcza na zupełnie innej osi niż ta, którą zwykliśmy z nim łączyć. Tutaj zło łączy się z pięknem bądź jego brakiem, z miłością lub nienawiścią, a jeszcze trafniej byłoby powiedzieć, że świat głównego bohatera nie dopuszcza nawet znanej dychotomii dobra i zła. Świat Geneta to tylko świat zła, który podlega różnicowaniu i pewnym preferencjom, najczęściej łączącym to, co lepsze, z tym, co bardziej występne. Tak skonstruowany pozostaje dla nas nieprzyswajalny, jest nie do ruszenia, przez swoją tak naturalną, wydawać by się mogło – chociaż niewątpliwie obrobioną pisarsko – afirmację.

Genet jest dla nas bardziej uchwytny w tych rzadkich momentach, kiedy zdradza się ze świadomością odrzucenia, na które odpowiedzią jest jego własna kontestacja. W takich chwilach w tkliwym spojrzeniu na zbrodnię i amoralność dostrzeżemy chęć rewanżu oraz pragnienie ucieczki przed nami, przed naszym światem:

Nie sądzę, bym był wysoko urodzony, ale niepewność pochodzenia pozwalała mi rozmaicie je sobie wyobrażać. Uzupełniałem je klęskami o bardzo szczególnym charakterze. Wydało mi się rzeczą naturalną, że skoro już porzuciła mnie rodzina, obciążę się na dodatek kradzieżą i skłonnością do chłopców, do kradzieży zaś dołożę zbrodnię lub upodobanie do zbrodni. Świadomie odrzuciłem więc świat, który mnie odrzucił. Moje niemal radosne oddanie się najpodlejszym występkom znajduje być może przyczynę w mej dziecinnej wyobraźni*.

W rzeczywistości trudno dociec, który Genet jest prawdziwszy: zakochany autentycznie w zbrodni czy też ten, dla którego „Dziennik złodzieja” jest celową konfabulacją – odegraniem się na społeczeństwie i pełnym satysfakcji postawieniem się poza jego nawiasem? W tym drugim przypadku życie włóczęgi i przestępcy byłoby tylko wyrazem buntu i artystyczną prowokacją. Nasze przyzwyczajenia czynią nas bardziej skłonnymi do tłumaczenia tej dziwnej książki właśnie w ten sposób – traumą odrzucenia i wykluczenia, a nie uczuciową relacją ze złem.

W „Dzienniku złodzieja” nie znajdziemy ani ironii, ani sarkazmu, tak charakterystycznych dla wszystkich śmiałków, którzy oskarżycielskim palcem celują w cnotę i zastany porządek. To by było proste, przez obrazoburczy charakter utworu Genet stałby się znacznie łatwiej uchwytny, a sama książka zbanalizowana przez obecną w nim satyrę, tymczasem, jak już się rzekło, o nas i o naszym świecie narrator zaledwie wspomina, całkowitej kreacji podlega zaś świat występku, życie uwikłane w zdradę, kradzieże i relacje homoseksualne. To jemu, a nie konfrontacji z ładem, bohater dziennika oddaje się całą duszą i ciałem. Język wulgarności i tkliwości, melodyjności i dosadności, język, którym narrator tęskni z uczuciem za tym, co występne czy złe, nie pozwala nam nawet w nim dostrzec tego wyrzutka i samotnika, za którego się ma. Jest prawdziwie nie nasz, jest poza naszym wyobrażeniem – bez względu na stopień kreacji i autentyzmu w tym utworze. Czytanie tej książki, która treścią wymyka się naszym przyzwyczajeniom, może męczyć – tym bardziej, że francuski autor lubi się powtarzać – dla większości będzie przy tym nie pomostem służącym do szukania siebie, lecz doświadczeniem inności, której odrzucać już nie trzeba. Genet w „Dzienniku złodzieja”, ten Inny, sam odrzuca nas i nasz świat.

---

* Jean Genet, „Dziennik złodzieja”, tłum. Piotr Kamiński, wyd. Zielona Sowa, Kraków 2004, s. 67.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz