czwartek, 7 kwietnia 2016

❏ Listy, których nie ma

Listy nie żyją w symbiozie ze współczesnością, na której globalizacja, a wraz z nią szybki przepływ informacji, odcisnęły piętno. Oczywiście znajdą się błędni rycerze oraz fetyszystki papieru wbrew rozwijającej się technologii ślący innym długie epistoły na kartkach, tak jak i dwugłowe cielę przyjdzie czasami na świat gdzieś na obrzeżach cywilizacji, ale nie ukrywajmy, czasy, w których za akt heroizmu, a przynajmniej za akt wyjątkowej estetycznej perwersji, poczytane będzie wysłanie pocztówki znad morza czy też życzeń świątecznych w innej formie niż sms ściągnięty z Internetu, są już bliskie. Wciąż jednak – a może właśnie dlatego – lubimy zobaczyć, jak dawniej pisano. Bruno Schulz, który śmierć epistolografii próbowałby pewnie zastąpić dzisiaj bogatą twórczością internetową – bez wątpienia nierekompensującą utraty bardziej intymnej formy kontaktu – napisał mnóstwo listów. I gdybyśmy mieli wymieniać twórców, których zaginiona bądź zniszczona korespondencja powinna budzić w nas szczególny żal, to o drohobyckim artyście należałoby wspomnieć w pierwszej kolejności.

Źródeł tych gorzkich refleksji nie wypada dopatrywać się tylko w bezlitosnej matematyce, której wyraz daje stosunkowo niedługa, jak na dzieło epistolarne, „Księga listów”, opracowana przez wieloletniego badacza spuścizny Schulza, Jerzego Ficowskiego, lecz także w jakości i esencji listów wysyłanych przez autora „Sanatorium pod Klepsydrą”, nie tyle tych wydanych, ile tych, których już nigdy nie zobaczymy. Tak się bowiem złożyło, że wojna odebrała potomnym bez wątpienia najciekawszą i najintensywniej prowadzoną korespondencję – z kobietami: adorowaną Zofią Nałkowską, narzeczoną Józefiną Szelińską, Deborą Vogel, która poniekąd uczestniczyła listownie w formowaniu się „Sklepów cynamonowych”, Romaną Halpern, z którą dzielił filozoficzne fascynacje, w końcu zaś z ostatnią „<<partnerką istotnych dialogów>> i zapewne ostatnią – chronologicznie – z kobiet, których (...) nie minął obojętnie”, Anną Płockier, zamordowaną w 1941 roku (rok przed Brunonem Schulzem i Deborą Vogel oraz trzy lata przed Romaną Halpern). I chociaż Jerzy Ficowski zaznaczył, że to z kobietami drohobycki twórca znajdował odpowiednią dla jego wrażliwości płaszczyznę porozumienia, z czym nie sposób się nie zgodzić (nawet ta garstka listów nam to uzmysławia), to i nieobecnej korespondencji z mężczyznami możemy żałować, szczególnie z Witoldem Gombrowiczem i Stanisławem Ignacym Witkiewiczem.

W stracie tej nie należy upatrywać wyłącznie niemożności poznania faktograficznych precjozów, zbioru anegdot czy jednego z „dokumentów epoki”, i nawet nie o dyskretne autorskie confiteor chodzi – z takim zainteresowaniem odkrywane w korespondencji wielu twórców znanych nam dotąd tylko od strony formalnej, literackiej – rzecz w języku i dziele. Dla Schulza listy były bowiem, czego sygnały otrzymujemy nawet w tej szczątkowej spuściźnie, która przetrwała wojnę, nie tylko poszukiwaniem intymnej więzi z innymi, lecz także formą artystycznej ekspresji. To z listów w dużej mierze narodziła się jego twórczość literacka, to w listach po raz pierwszy ożywiał to, co nieożywione, i tworzył to, o czym inni nawet nie pomyśleli. W zachowanej korespondencji, mimo tematycznego spętania jej prozą życiową, da się dostrzec finezję Schulzowskiego stylu, chociaż on sam w latach 30. miał świadomość – dodajmy, świadomość męczącą i uprzykrzającą mu życie – że nie jest już w stanie pisać tak pięknych listów jak dawniej. Nie poznamy już tych najstarszych tekstów, tych, w których wyobraźnia drohobyckiego artysty nie była tak skrępowana codziennością, tych, za którymi sam autor, przytłoczony obowiązkami pozaliterackimi, tęsknił.

Te żale czynią „Księgę listów” dziełem na wskroś dziwnym, myślimy bowiem o tym, co nieobecne, i tęsknimy za tym, co nieobecne, a jednak w rękach trzymamy, skromną wprawdzie, ale pewną porcję tekstów rzeczywistych i namacalnych. Być może odpowiedź na pytanie, dlaczego nasze myśli zawłaszcza w tym przypadku przeszłość, a wraz z nią puste miejsce po tysiącach zaginionych listów, tkwi również w tym, co nam pozostało, również w wyznaniach i skargach samego drohobyczanina – korespondencji wypełnionej swoistą mordęgą, której źródłem była nudna, jałowa i czasochłonna praca nauczyciela, a także impotencja twórcza, obie zresztą powiązane ze sobą. Autor „Sklepów cynamonowych” nie był z tych, dla których cierpienie stanowiło fundament pracy twórczej, wręcz przeciwnie:

Obawiam się, że ten rok pracy szkolnej mnie zabije. Jak długo byłem młodszy i żywotniejszy, mogłem to jakoś wytrzymać. Teraz wyłazi mi to gardłem. (...) Żeby móc tworzyć, musiałbym mieć szczególnie dobrotliwy i sprzyjający klimat dookoła siebie – dobrą wiarę w siebie, ciszę bezpieczeństwo... Jestem teraz dojrzalszy i bogatszy niż wówczas, kiedym pisał <<Sklepy cyn.>>. Nie mam już tylko tej naiwności, tej beztroski. Nie czułem wtedy żadnej odpowiedzialności na sobie, żadnego ciężaru, pisałem dla siebie[1].

W późniejszym o rok liście, również do Romany Halpern, ta diagnoza jest w oczach Schulza wciąż aktualna:

Poza książkami, które też skąpo dochodzą (muszę czytać, co jest, nie mogę czytać tego, na co bym miał ochotę), nie mam żadnych podpór dla mego życia wewnętrznego, a wszystko dookoła mnie tchnie nieopisaną prozą, która oddziałuje i na mnie swym brutalnym ciężarem. Ani jednego spaceru z miłą osobą, ani godziny kontemplacji spokojnej i pogodnej – wszystko skażone codzienną troską i prozą. Sądzę, że produktywni twórcy odgradzają się od swego otoczenia pewną regułą życia, pewną organizacją swej codzienności, która nie dopuszcza do nich prozy dnia powszedniego, zawodu itd. Bardzo odczuwam brak takiej reguły, niemożność ujęcia się w taką dyscyplinę. Trzeba np. odgrodzić swe życie wewnętrzne, nie dopuszczać, by tam zagnieżdżało się robactwo pospolitych trosk. Dawniej broniła mnie pewnego rodzaju ślepota, miałem klapy przy oczach, jak koń w zaprzęgu. Teraz rzeczywistość mnie pokonała i wtargnęła do wnętrza[2].

Nie należy poczytywać tych skarg za fanaberie czy artystowski spleen – Schulza, który miał na utrzymaniu rodzinę, proza życia rzeczywiście pochłaniała i ściągała na ziemię. Drohobycki pisarz nie mógł rozwinąć skrzydeł i zarówno wysiłek, który podejmował w celu przezwyciężenia tego stanu, jak i obezwładniająca go bierność odcisnęły piętno na zachowanych listach. Notowane skrzętnie recenzje poświęcone jego utworom, zawieranie znajomości literackich, wysyłanie tekstów do redakcji czasopism oraz wieloletnie próby wywalczenia dłuższego urlopu od zajęć szkolnych, który pozwoliłby mu zająć się w spokoju twórczością literacką, malują pejzaż nie tak znowu bliski nierzeczywistym, na poły mitycznym „Sklepom cynamonowym”. Obok tych zmagań, gwoli ścisłości, a wymaga to podkreślenia, również noszących znamiona szczególnej wrażliwości drohobyckiego artysty, chociaż pozbawionych poetyckiej aury, znajdziemy też perełki, świadectwo tego, co mogło zostać po Schulzu, gdyby nie kolejne szaleństwo XX wieku. Nie pomogą nam one jednak w zaangażowaniu się w te naznaczone męką twórczą i codziennością listy, odeślą nas raczej, naszą wyobraźnię i myśli w stronę korespondencji nieobecnej.

Ta powracająca chęć wybiegania poza karty tej książki, ale też sięgania do przypisów, których jest tu szczęśliwie pod dostatkiem, czy odczytywania losów zaginionych listownych, intymnych relacji ze zdjęć i rysunków umieszczonych na końcu, każą zapytać, czy warto w ogóle sięgać po „Księgę listów” – księgę, która daje nam do zrozumienia, że najważniejsza część historii Schulza i jego korespondencji (a obie są nierozerwalnie złączone, sam Schulz informował, że jest człowiekiem pisma, a nie mowy) nie przynależy do tych stron, pozostała w innym, prawie że mitycznym czasie. Jeśli w tęsknocie dostrzeżemy wartość, a mamy prawo ją dostrzec, bo w tym przypadku może mieć ona wyjątkowo twórczy charakter – kolejne fragmenty, porozrzucane szczątki czegoś ważniejszego, swoiste odsyłacze do Schulzowskiego życia poruszają cały czas wyobraźnię – to tak, być może wtedy „Księga listów” stanie się nawet bardziej znacząca od wielotomowych wydań korespondencji tych autorów, dla których czas i historia były łaskawsze. Głodu informacji pewnie nią nie zaspokoimy, ale jako źródło, z którego będziemy czerpać obrazy oczekujące naszego własnego dopowiedzenia i dookreślenia, może stać się czymś, co Schulza zachowa w naszej pamięci nie mniej skutecznie od listów, których już nie ujrzymy.

[1] Bruno Schulz, „Księga listów”, wyd. słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2008, s. 146.
[2] Ibid., s. 173-174.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz