niedziela, 5 lutego 2017

❖ „Mój wiek” i wyczerpanie formuły na starcie

Jeszcze parę chwil temu towarzyszyło mi jakże brawurowe przekonanie o tym, że będę tutaj regularnie, raz na tydzień, prawdopodobnie w niedzielę, umieszczać wybór tych cytatów, które w ostatnich dniach zwróciły moją uwagę, na dodatek bez dodawania komentarza. Ostatni tydzień upłynął mi pod znakiem „Mojego wieku” Aleksandra Wata, tj. książki składającej się z nagrań rozmów prowadzonych między Czesławem Miłoszem a autorem „Bezrobotnego Lucyfera” w Ameryce. Zacząłem wklepywać pierwszy długi fragment, wklepałem i coś mi się nie spodobało. Tak, jakkolwiek intencje mam czyste, bo istotnie gdy tylko zobaczę coś ciekawego, interesującego, wartościowego czy odkrywczego w słowie pisanym, to chcę się tym podzielić z innymi, uznałem jednak, że takie ustawianie się za ścianą cytatów rzetelne w żadnym razie nie jest. I to mimo że będę umieszczać na blogu również teksty swojego autorstwa. Przez wpisy składające się z samych przytoczeń raczej odczuwałbym tylko nieustanny dyskomfort, że zachowuję się nie tak, jak należy. Uznałem, że umieszczać będę jeden dłuższy, może parę krótszych, starając się przy tym o jakiś komentarz. Sprawa niełatwa, i nie o tenże komentarz chodzi, ale o selekcję, bo np. „Mój wiek” to kopalnia rzeczy interesujących, refleksji, ciekawostek. Dla niezorientowanych — panowie rozmawiają o czasach międzywojennych, pierwsze skrzypce gra ten starszy, Wat. Jego wypowiedzi, chociaż nie wolne od anegdot, uwydatniają zmysł analityczny autora i refleksyjność. Głównym wątkiem jest komunizm, który na przełomie lat 20. i 30. XX w. pochwycił swoimi mackami rozmówcę Miłosza, też przecież przechodzącego „czerwony” epizod w swoim życiu. Na rysunku autorstwa Jana Lebensteina karykatura Wata.

Jak zerkam teraz na notatki, to już zaczynam żałować decyzji, bo nie uniknę pominięcia interesujących treści. Chciałbym zacytować ten fragment, w którym Miłosz wyjaśnia, dlaczego wyznania Wata go zafascynowały – a zafascynowały, bo twórca „Zniewolonego umysłu” znalazł w Wacie kogoś niepowtarzalnego. Polskiego inteligenta, choć pochodzenia żydowskiego, przy tym intelektualistę i filozofa, także poetę i członka Związku Literatów. Indywidualność. Brzmi banalnie. No właśnie, ale Miłosz napisał to tak, że uzasadnienie wydaje się w pełni akceptowalne. Pominę też wyjaśnienia Wata rozróżniające postawę skamandrytów i dadaistów, a także katastrofizm lat 20. i 30. XX w. Gdybym miał streścić różnice między pierwszymi, to byłby to wyraźnie inny odcień entuzjazmu. I skamandrytom, i dadaistom (czy też futurystom, Wat w odniesieniu do tego okresu wolał się określać dadaistą) towarzyszył epokowy entuzjazm, tyle że tym pierwszym entuzjazm narodzin, co jasno skorelowane było z odzyskaniem niepodległości przez Polskę, a drugim — entuzjazm końca, dziejowej katastrofy. Ci drudzy aż nogami przebierali na myśl o tym, że wreszcie wszystko — już tak globalnie, w kontekście całej Europy — runie i zacznie się coś nowego. No i tutaj wkracza rozróżnienie między tym entuzjastycznym katastrofizmem lat 20. a tym z 30., który był wypełniony realnym strachem, wszakże znaleźliśmy się wówczas między młotem a kowadłem. Widmo końca stawało się bardziej rzeczywiste. Pominę też fragmenty anegdotyczne — zawsze przecież wzbudzające zainteresowanie — dotyczące Broniewskiego, Jasieńskiego, Witkiewicza i wielu innych. O, byłoby o czym pisać.  Z Broniewskim Wat miał lekki dysonans, bo zasadniczo ten pierwszy był „chowu” patriotycznego, a jednak schizofrenicznie łączył to z komunizmem. Jasieński dość gładko podchodzący do komunizmu, na sposób salonowy, zradykalizował się we Francji, gdy mocno biedował — wówczas powstało „Palę Paryż”. Witkiewicz pojawia się i w kontekście awersji do komunizmu, co jak sugeruje Wat mogło mieć źródło w jakimś bardzo traumatycznym wydarzeniu z pobytu Witkacego w Rosji podczas rewolucji, i w kontekście podobieństw do stylu Gogola, a w wymiarze literackim — do postaci Stawrogina, w końcu również w kontekście twórczej wiarygodności. Wat mówi, że utwory Witkacego przekazują prawdę o nim, a nie o czasach, w których żył, potem się jednak reflektuje i dochodzi do wniosku, że prawda o Witkiewiczu była de facto skorelowana z prawdą o czasach, w których żył.

Dobrze, koniec. Teraz cytat, ciekawe spostrzeżenia:

Wat: Jednak to jest grzech i błąd dzisiejszej historiografii (mówię o tej lepszej historiografii, robionej przez pisarzy), że zamąciły się te dwa podstawowe style mówienia o czasach. Św. Augustyn z Liwiuszem. Jeżeli się jeszcze bierze na przykład takiego Machiavellego, jego rozważania nad Tytusem, to się ma szaloną przyjemność intelektualną, niesłychanie czystą linię rozumowania i myślenia. Nic ze św. Augustyna. No tak. Ale od czasu Rousseau znowu jesteśmy w kręgu zamącania historii przez autobiografię. Czy to nie jest jedna z cech naszej choroby? Zamącanie historii biografią. Czy to nie jest grzechem? 

Miłosz: Przed chwilą mówiliśmy o powtarzalności, mówiłeś o swojej historii indywidualnej, która jest tak samo historią dwudziestego wieku.

Wat: Może masz rację, na pewno masz rację, to znaczy, ja nie twierdzę, że to jest grzech. Źle się wyraziłem, kiedy mówiłem, że to jest grzech piszących. To jest grzech będący w samej materii. Dzisiaj materia historyczna jest taka, że – jak mówiłeś – nie ma powrotu do Liwiusza i do Machiavellego.

Miłosz: Historia przestała być historią królów i wypraw i stała się historią naszą, siedzi w nas.

Wat: Historia psychologii.
Aleksander Wat, „Mój wiek”, przygotowanie do druku: Lidia Ciołkoszowa, wyd. Czytelnik, Warszawa 1990, s. 57.

Oczywiście wypadałoby sobie zadać pytanie, czy rzeczywiście nadal tak jest, a może przeciwnie, specyfika czasów, w których żyli Wat i Miłosz — mówię o czasach ich aktywności, ich młodości — polegała na tym, że historia wciągała ich w siebie, w to, co się działo. Czy dzisiaj nadal tak jest, włącznie z pisarzami? A może autor znowu staje się przezroczysty, bo i historia nie wymaga od niego takiej aktywności? Nie dotyka go aż tak, nie traumatyzuje, nie odciska piętna na życiu i psychice. Oczywiście mowa o tych, którzy tę historię mniej czy bardziej fachowo opisują.

I:

Właściwie moja złośliwość ówczesna, jakaś straszliwa, zacięta złośliwość polegała na tym intelektualnym chuligaństwie. Polegała na tym, że, no tak, zewnętrzne kształty wszystkie były utrzymane, ale wewnątrz wszystko było wyżarte, wyniesione, wymiecione. I okazało się, że ja tego wytrzymać nie mogłem. Zamknąłem wobec tego oczy. Wszystkie swoje przemyślenia, wszystko zamknąłem na klucz. Klucz wrzuciłem do otchłani, do morza, do Wisły i rzuciłem się w tę jedyną wiarę, która istniała wtedy. Istniała stara wiara w Boga. Ale to jest albo dane, albo odebranie. Przeważnie w naszych czasach odebrane, powiedzmy sobie. Prawda? Simone Weil umiała zdobyć to siłą, tak jak w Ewangelii nakazują, ale w zasadzie, jak jest odebrane, to jest odebrane. (s. 77)

Wat opisuje tu odczucia towarzyszące powstawaniu „Bezrobotnego Lucyfera”, mniej więcej w 1926. Dlaczego ten cytat? Bo świadectwo tracenia wiary, a nie ateistycznej iluminacji, tj. zdobycia wiedzy, że Boga nie ma, zawsze wydawało mi się i wiarygodniejsze, i bardziej autentyczne w przeżyciu.

Formuła miała być inna, tymczasem widzę, że wpisy te niewiele różnić się będą od impresji, ba, wypadałoby włączyć je właśnie do tej kategorii, a zakładkę z cytatami, tj. Kącik im. Paolo Koeljo, być może w ogóle usunąć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz