piątek, 31 marca 2017

❖ Kobiety „Ziemiomorza”. „Tehanu” — kobiecość odkrywana

Wracam do Ziemiomorza po dłuższej przerwie. Pisanie o „Tehanu” w kontekście wątku kobiecego nie powinno sprawiać trudności, w końcu to właśnie ta część — część, w której tematy odnoszące się do miejsca jednej i drugiej płci w świecie przedstawionym wybrzmiały najmocniej, czego odzwierciedleniem jest już nawet prosta statystyka wyrazów „kobieta” i „mężczyzna” (i ich form zależnych), wspominana w pierwszym poście poświęconym cyklowi Le Guin. Myśl towarzysząca temu zagadnieniu nie jest jednak łatwo uchwytna, z całą pewnością nie jest też jednorodna. Na pewno na wyrost byłoby nazywanie tej części prozą o charakterze publicystycznym, chociaż niektóre fragmenty uderzają łopatologiczną retoryką, przez co sam skłonny byłem ją tak określać. Niezaprzeczalnym faktem pozostaje jednak to, że w „Tehanu” to właśnie relacja obu płci, nie tylko do siebie, ale i do świata, a nawet nie tylko relacja, wręcz ich istota, jest najbardziej eksponowanym tematem.

Wbrew tytułowi – postać Therru, czyli Tehanu, łączy się raczej z wątkiem nadprzyrodzonym, a nie damsko-męskim – powracamy tutaj do perspektywy Tenar, którą poznaliśmy jako młodą dziewczynę w „Grobowcach Atuanu”. Tutaj jest to już kobieta doświadczona, dojrzała, prawie u progu starości — jak się dowiemy, nie kontynuowała nauki u Ogiona, chociaż sugerował jej to kiedyś Ged, tylko wyszła za mąż, żyła jak zwyczajna kobieta, chciała się bowiem dostosować, nie wyróżniać, a znajomość z czarnoksiężnikami wyróżniała ją jako kobietę aż nadto. Źle się z tym czuła. Po śmierci swojego męża, Krzemienia, dowiaduje się pewnego dnia, że jej dawny nauczyciel jest już bardzo chory, bliski odejścia do Suchej Krainy, przybywa więc do jego domu z Therru i towarzyszy mu w ostatniej drodze. Geda tymczasem wciąż nie ma. Pojawi się dopiero później, zupełnie inny, pozbawiony mocy.

Tenar wstała, zagrzała wodę i zmyła z siebie kurz gościńca. Następnie ugotowała mleko, zjadła chleb, który znalazła w spiżarni Ogiona, i powróciła na miejsce u jego boku. Mag spał, a ona siedziała, pogrążona w myślach, obserwując jego oblicze w blasku roztańczonych płomieni.

Myślała o dziewczynce siedzącej w milczeniu owej nocy wiele lat temu, daleko od wyspy Gont, dziewczynce w pozbawionej okien komnacie, sprowadzonej tylko po to, by stać się Pożartą, kapłanką i służką mocy ciemności, pradawnych sił ziemi. A potem o kobiecie przycupniętej w przyjaznej ciszy w domku wśród pól, podczas gdy mąż i dzieci słodko śpią, spragnionej choćby godziny samotności. I o wdowie opiekującej się poparzonym dzieckiem i czuwającej u boku umierającego maga, oczekującej powrotu mężczyzny, jak niezliczone rzesze niewiast przed nią, wszystkie jej siostry, każda kobieta spełniająca kobiecą powinność. Jednakże Ogion nie nazywał jej służką, żoną czy wdową, podobnie jak wcześniej Ged w mroku Grobowców Atuanu ani — jeszcze dawniej i jeszcze dalej — jej matka, którą pamiętała jedynie jako ciepły dotyk i złocisty blask ognia. Matka, która nadała jej imię.

— Jestem Tenar — szepnęła. (Ursula Le Guin, „Ziemiomorze”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, s. 438-439, pozostałe cytaty też pochodzą z tego wydania)
We wspomnieniach Tenar nie ma frustracji, na pewno trudno byłoby też łączyć je z agresywną kontestacją czy rozgoryczeniem, da się jednak w nich uchwycić słabo wyczuwalny, ale istniejący ton niepewności; niepewności, czy tak miało właśnie być. Być może to zwyczajna nostalgia i melancholia pomieszana z żalem, stąd to wrażenie, ale jest w tej ocenie własnego życia coś, co na pewno oddala ją od aprobaty czy satysfakcji. Akceptacja — owszem, ale nie aprobata. Być może to kwestia konieczności dostosowywania się, która jakoś Tenar uwierała.

Kiedy Tenar po raz pierwszy zjawiła się w Re Albi, Mech nie była jeszcze starą czarownicą, tylko młodą dziewczyną. Kłaniała się wtedy, dygała i uśmiechała do „młodej damy”, Białej Pani, wychowanki i uczennicy Ogiona, zwracając się do niej zawsze z najwyższym szacunkiem. Tenar jednak wyczuwała, że ów szacunek jest fałszywy i przesłania zazdrość, niechęć i nieufność. Aż za dobrze znała te uczucia, doświadczywszy ich w nadmiarze od kobiet, nad którymi dano jej władzę; kobiet uważających się za zwyczajne, a ją za niezwykłą, uprzywilejowaną. Czy to jako kapłanka Grobowców Atuanu, czy jako cudzoziemska wychowanica maga z Gontu, stała samotna ponad innymi. Mężczyźni obdarzyli ją mocą, dzielili się z nią własną siłą. Kobiety spoglądały na nią z daleka, czasem wyzywająco, często z odrobiną pogardy.

Czuła się wówczas jak wyrzutek. I tak jak wcześniej uciekła przed mocami pustynnych grobów, później umknęła mocom nauki i wiedzy ofiarowanej jej przez opiekuna, Ogiona. Odwróciła się plecami do tego wszystkiego i przeszła na drugą stronę, do sąsiedniej komnaty, w której mieszkały kobiety — by stać się jedną z nich, żoną rolnika, matką, gospodynią przyjmującą na siebie moc, z którą rodzi się każda kobieta; moc użyczoną jej przez ludzkie zwyczaje.

I tam, w Dolinie Środkowej, Goha, żona Krzemienia, została przyjęta przez kobiety z otwartymi ramionami. Co prawda była cudzoziemką, białoskórą i mówiącą nieco dziwnym akcentem, lecz jednocześnie okazała się dobrą gospodynią i świetną prządką, matką wychowującą zdrowe grzeczne dzieci i wspaniale prowadzącą dom, godną szacunku niewiastą. Wśród mężczyzn zaś znana była jako kobieta Krzemienia i robiła wszystko, co przystoi żonie: słała łóżka, rodziła dzieci, piekła, gotowała, sprzątała, szyła, służyła. Dobra kobieta. Zaaprobowali ją. A jednak Krzemień dobrze trafił, powtarzali. (s. 446-447)

W tym wspomnieniu również nie ma nic z niechęci, mowa przecież o tym, jak została zaakceptowana we wspólnocie, mowa też o byciu dobrą w spełnianiu kobiecych obowiązków, na dodatek wszystko to w kontekście przeżywanej wcześniej samotności.  Przeszłość nie podlega tutaj jawnej ocenie, w każdym razie nie negatywnej, nie można powiedzieć, że Tenar spogląda na nią krytycznie, raczej należałoby uznać ja za jeden z etapów życia, z którym bohaterka powieści była pogodzona. Inaczej jednak prezentuje się taki cytat, kiedy stoi w samotności, wyjęty z całego tła i historii, a inaczej kiedy zestawi się go z innymi fragmentami, wówczas przy tym minionym życiu pojawi się znak zapytania. W końcu nawet w przywołanym poprzednio wspomnieniu mowa o tym, że ani Ged, ani Ogion, ani matka, która nadała jej imię, nie posługiwali się w odniesieniu do niej jakimiś kategoriami. Była dla nich Tenar, była sobą. Akceptowali ją nie za dostosowanie się do pewnych ról społecznych, ale za to, kim była. Jest więc w tych odczuciach coś charakterystycznego dla wątków emancypacyjnych, raz jeszcze konfrontacja niezależności z zależnością, bycia sobą z tym, co narzuca otoczenie. Tenar bez pasji wspomina o przeszłości, bez niechęci, ale na pewno ze świadomością poddania się zależnościom i uczuciem, że istniało gdzieś jej prawdziwe „ja”, które poświęciła, dla własnego spokoju, przez wzgląd na społeczne wymogi.

Nowe wątki zostają wprowadzone, kiedy pojawia się Ged, już nie czarnoksiężnik, ale człowiek pozbawiony mocy, załamany tym faktem — miał świadomość oczekiwań otoczenia i tego, że definiowany był właśnie przez tę moc, tak jak Tenar zaakceptowano, dlatego, że przyjęła narzuconą społeczną rolę. W czasie jego obecności kobieta odbędzie kilka rozmów z czarownicą Mech na temat różnic między kobietami i mężczyznami, wątki te poruszy również w rozmowach z samym Gedem.

(...) „Słabe jak kobiece czary, złośliwe jak kobiece czary” — setki razy słyszała to powiedzonko. I w istocie widziała nieraz, jak sztuczki kobiet, takich jak Mech czy Bluszcz, okazywały się nierozsądne, a nawet niecne — w zamierzeniach bądź przez ignorancję. Wiejskie wiedźmy, choć znały wiele zaklęć i uroków oraz część kanonu pieśni, nigdy nie poznawały zasad prawdziwej magii. Żadna kobieta nie odebrała nigdy podobnego wykształcenia; magia pozostawała domeną mężczyzn, ich rzemiosłem. To oni odprawiali prawdziwe czary. Nigdy nie istniała kobieta mag, a choć nieliczne nazywały się czarodziejkami, ich moc pozostawała surowa, ot, zwykła siła pozbawiona wszelkiego szlifu; po części beztroska, po części niebezpieczna. (...) Nieliczne, które posiadły dość mądrości, chociaż nie pobierały nauk, wykorzystywały swój dar wyłącznie do czynienia dobra, choć w odróżnieniu od najmarniejszego nawet czarownika nie potrafiły wyjaśnić, co nimi kieruje, i nie mając pojęcia o Równowadze i Źródłach Sił, przywoływały te pojęcia, usiłując usprawiedliwić nimi własne działania bądź ich zaniechanie. (s. 448)

***
— Co jest nie tak z mężczyznami? — zainteresowała się ostrożnie Tenar.
Mech rozejrzała się czujnie i zniżając głos, odrzekła:
— Nie wiem, złociutka. Nieraz się nad tym zastanawiałam. Jedyne, co mogę rzec, to że mężczyzna przypomina orzech w skorupie. —  Uniosła długie, wykrzywione, wilgotne palce, zupełnie jakby trzymała w nich orzeszek. — Skorupa jest twarda i mocna, przepełniona jego męskością. Wewnątrz jest tylko on i nic więcej.
Tenar przez chwilę zastanawiała się nad jej słowami. Wreszcie rzuciła:
— Ale jeśli to czarnoksiężnik...
— Wówczas wewnątrz jest tylko jego moc. Wyłącznie ona. Rozumiesz? Tak to wygląda. Kiedy moc zniknie, on także odejdzie. Stanie się pusty. — Zmiażdżyła w palcach niewidoczny orzech i odrzuciła pustą skorupę.
— A kobieta?
— O, złociutka, kobieta to coś zupełnie innego. Kto wie, gdzie zaczyna się i kończy jej istota? Posłuchaj, moja pani. Mam korzenie głębsze niż ta wyspa, niż morze; starsze niż lądy świata. Wywodzę się z ciemności. — Oczy czarownicy rozbłysły osobliwym blaskiem. Jej głos zadźwięczał niczym dziwny obcy instrument. — z prawdziwych ciemności. Istniałam, jeszcze zanim powstał księżyc. Nikt nie wie, nikt nie potrafi orzec, kim jestem, kim jest kobieta. Kobieta obdarzona mocą. Jej moc jest głębsza niż korzenie drzew, niż korzenie wysp. Starsza niż stworzenie, niż księżyc. Kto ośmieliłby się zakłócić spokój ciemności? Kto zapytałby ją o imię? (s. 462)
***
—  Wiele wiatrów wieje nad Overfell, niektóre złe, niektóre dobre. Czasem niosą ze sobą chmury, czasem słoneczną pogodę, a czasem nowiny dla tych, którzy potrafią słuchać. Inni ich nie usłyszą. Kim jestem, aby to wiedzieć? Ot, zwykła stara kobieta nieznająca mądrości magów, nauk pochodzących z ksiąg. Cała moja wiedza kryje się w ziemi, czarnej ziemi pod stopami dumnych mężczyzn, pod nogami władców i magów. Po co mieliby spoglądać w dół? Co może wiedzieć stara czarownica?
Byłaby groźnym przeciwnikiem, pomyślała Tenar, i okazała się trudną przyjaciółką.
— Cioteczko — rzekła, ujmując w dłoń kolejną łodygę sitowia — Dorastałam wśród kobiet. Samych kobiet. (...) Rozumiesz zatem, cioteczko, że póki nie stałam się kobietą, nigdy nie widziałam mężczyzny, tylko dziewczęta i niewiasty. A jednak nie wiedziałam, kim są kobiety, ponieważ tylko je znałam. Podobnie jak mężczyźni żyjący wśród mężczyzn: żeglarze, żołnierze i magowie na Roke. Czy wiedzą, co oznacza być mężczyzną? Jak mogą wiedzieć, skoro nigdy nie rozmawiają z kobietami? (s. 463)

***
— Czy oni... czarnoksiężnicy... czy to zaklęcie? — spytała po dłuższej chwili ciszy.
— Ależ tak złociutka — odparła Mech. — Sami rzucają na siebie czar. Niektórzy mówią, że wymieniają jedną płeć na drugą, mają swoje śluby, przysięgi i w ogóle,  i stąd właśnie czerpią moc. Ale według mnie nie wygląda to dobrze. Tak jak babranie w Starych Mocach bardziej niż przystoi prawdziwej czarownicy. 
(...)
— Ale czemu? Czemu nigdy nie przyszło mi do głowy...
Wiedźma roześmiała się głośno.
— Ponieważ na tym właśnie polega ich moc, złociutka. Nie jesteś w stanie myśleć; podobnie jak oni, kiedy już rzucą swe zaklęcie. Jak mogliby? Przy ich mocy? Nie, nie i nie. Nie można brać, nie dając nic w zamian. To dotyczy wszystkich, bez wyjątku. A oni — czarnoksiężnicy, mężczyźni obdarzeni mocą — wiedzą o tym lepiej niż ktokolwiek inny. Jednakże mężczyzna niechętnie odrzuci swą męskość, nawet jeśli potrafi przegnać słońce z nieba, toteż zaklęciami związującymi wyrzucają to ze swych myśli. I to dokładnie. 
(...)
Tenar słuchała zamyślona. W końcu rzekła:
— Odcinają się od innych ludzi.
— Owszem. Czarnoksiężnik nie ma innego wyjścia.
— Ale ty tego nie robisz.
— Ja? Jestem tylko starą wiejską czarownicą, złociutka.
— Jak starą?
Po minucie z ciemności dobiegł lekko rozbawiony głos wiedźmy:
— Dostatecznie, by unikać kłopotów.
(...)
— Kiedy byłaś z mężczyzną, cioteczko, czy musiałaś wyrzec się swojej mocy? 
— Ani trochę — odparła z zadowoleniem wiedźma.
— Mówiłaś jednak, że nie można brać, nie dając. Czyżby kobiety różniły się w tym względzie od mężczyzn?
— A w czym się nie różnią, złotko?
— Nie wiem — przyznała Tenar. — Mam wrażenie, że sami tworzymy większość podziałów, a potem skarżymy się na nie. Nie pojmuję, dlaczego kunszt magiczny i moc miałyby objawiać się różnie u kobiet i mężczyzn, chyba że sama moc jest różna. Albo sztuka.
— Mężczyzna daje, złociutka, a kobieta bierze.
Tenar milczała, najwyraźniej nieprzekonana.
— W porównaniu z ich mocą nasza wydaje się niewielka — ciągnęła Mech. — Ale jej korzenie sięgają głębiej. Jest jak stary jeżynowy chruśniak. Moc czarodziejów to wyniosła jodła, smukła i wspaniała. Zdaje się silna, ale nie oprze się podmuchowi burzy. Nic nie zdoła zniszczyć jeżynowego chruśniaka. (s. 496-497)

We wszystkich tych rozmowach mowa jest o istocie jednej i drugiej płci, ich esencji. Le Guin przypisuje się inspirowanie taoizmem, dla którego fundamentalna jest idea równowagi w świecie, w tym między kobietami i mężczyznami, reprezentowanymi przez yin i yang. Rzeczywiście, w wypowiedziach Mech można dostrzec echo tych poglądów — i w porównaniu czarnoksiężników, mężczyzn, do wysokich jodeł, a więc przypisania im ekspansji i ekstrawersji, i w porównaniu kobiet do niskich chruśniaków, wrośniętych w ziemię, opierających się burzom, nie tak ekspansywnych, ale wytrwałych, do tego łączonych wprost z ciemnością. Ziemia ma tu zresztą niemałe znaczenie, z czterech żywiołów to właśnie ona jest najbliższa kobietom i to w niej Mech szuka źródeł kobiecych mocy. Po razy pierwszy w cyklu tak wyraźnie mówi się o tym, że kobieca moc tylko pozornie jest mniejsza od tej męskiej, w istocie niełatwo daje się je porównać, ponieważ jest inna, z czego innego bowiem się bierze. Można wręcz powiedzieć, że w tej powieści dochodzi do odwrócenia hierarchicznego porządku, w którym to mężczyzna jest tym lepszym i silniejszym.

Takiej interpretacji sprzyja postać Geda, który jest bezradny i wycofany — choć introwersja nie powinna być domeną mężczyzn w myśl taoistycznej symboliki — sprzyja postać Tenar, opiekuńczej, skupionej, dojrzałej emocjonalnie w przeciwieństwie do eksczarnoksiężnika, który przez Mech porównany zostaje do piętnastoletniego chłopca, sprzyjają też podawane przez czarownicę tłumaczenia, czym jest kobieta, pełne tajemnicy, sugerujące, że mowa o czymś wykraczającym poza miarę — łatwo już o wrażenie zestawienia wieczności z ulotnością, gdzie moc kobiet czerpie z tego, co nieskończone (ziemia w porównaniu do innych żywiołów trwa, nie zmienia się), a mężczyzn z tego, co chwilowe. Nie chcę pisać o konfrontacji, bo temat ten nie wyraża się przez walkę płci, przynajmniej nie w jej prymitywnej formie, ale pojawiają się w „Tehanu” wątki, w których chodzi o demaskację patriarchalnych iluzji, pewna niesymetryczność w ukazywaniu jednej i drugiej płci też jest obecna, przede wszystkim przez to, że Ged jest tutaj tym słabym i wycofanym, a Tenar — stroną aktywną, silniejszą. Ideałem wpisanym w przekaz jest jednak dopełnianie się kobiet i mężczyzn — dopełnianie się, które pozwala nie tylko zrozumieć drugą płeć, ale też własną, jak mówi Tenar. Ale ideały swoją drogą, praktyka swoją.

Są rysy na tym skądinąd uroczym obrazie. W „Tehanu” nie atakuje się może wprost społecznych ról kobiety i mężczyzny, są one jednak ewidentnie wtórne, trzeciorzędne wobec istoty kobiecości i męskości, a przez to niewiążące. Przekonania te uzewnętrznią się w opiniach Tenar i jej zapatrywaniach, nawet w prozaicznych okolicznościach, takich jak zmywanie naczyń, które pozwoli jej porównać syna, zupełnie nieakceptującego spełniania takich kobiecych obowiązków, z Gedem, który je wykonuje zupełnie naturalnie — dochodzi tu zresztą do zgoła groteskowego rozczarowania matki synem. Tenar czuje, że przegrała sprawę syna, nie zdołała go odpowiednio wychować, jest wręcz załamana, bo ten nie chce zmywać naczyń. Są to takie momenty w „Tehanu”, wcale nierzadkie, kiedy wrażenie jej publicystycznego czy ideologicznego charakteru staje się więcej niż dojmujące, wręcz zabawne. Szlachetna myśl taoizmu o równowadze w świecie pierzcha przed trywialną socjologią — utożsamianiu kobiet z yin nie towarzyszymy bowiem myśl, że może ich społeczne role mniej lub bardziej wynikają ze związków z tym symbolem i żywiołem ziemi, że są ich odzwierciedleniem; i ze ekstrawersja mężczyzn, ich spalanie się, wiatr niosący ich z miejsca na miejsce siłą rzeczy, siłą natury wpisuje ich w rolę zdobywców. Ta zależność jest jednak zatarta.

W omówieniu, choćby tak chaotycznym i niewielkim, nie wypada to druzgocąco dla samej powieści, w jej lekturze może być jednak męczące — jak zawsze kiedy czegoś jest za dużo. Pewien anachronizm czy też raczej nierównoległość tematów też daje się zauważyć. Le Guin w uniwersum fantastyczne wprowadziła wszakże perspektywę mocno współczesną, trochę sobie lekceważąc specyfikę takiego świata, z jego stosunkami społecznymi, rozwojem technologicznym, podziałem pracy i obowiązków, a więc tym wszystkim, co w realnym świecie, naszym świecie, musiało osiągnąć pewien punkt, granicę, której przekroczenie sprawiło, że emancypacja kobiet mogła się wydarzyć. Świadomość Tenar, z jej skłonnością do analitycznego, krytycznego myślenia, jest więc mocno hop do przodu, chociaż realia „Ziemiomorza” raczej równoległe średniowieczu, w którym nawiasem mówiąc, kobiety nie miały „gorzej” pod względem praw niż w takiej epoce wiktoriańskiej.

„Tehanu” przynosi więc nową perspektywę, dotąd nieznaną w cyklu, bo przecież trudno doszukiwać się tu analogii do „Grobowców Atuanu”, kiedy to Tenar była nieukształtowaną dziewczyną, nieznającą kobiet i nieznającą siebie jako kobiety. W tej powieści dochodzi do zrównania obu płci, w praktyce może nawet wywyższenia jednej ponad drugą, wbrew wpisanym w tekst taoistycznym ideom. Moc mężczyzn ukazuje się bowiem nietrwała, co więcej, jest w niej coś sztucznego, wymagającego rezygnacji z biologicznej męskości, podczas gdy u kobiet tego „albo, albo” nie ma; ich moc ma charakter naturalny, trwalszy, pierwotny. Ged bez mocy jest bezradny i słaby i to Tenar, jako kobieta właśnie, pozwala mu się odnaleźć na nowo, zaakceptować siebie w nowej roli, już nie czarnoksiężnika, ale mężczyzny. W pakiecie ze zmywaniem naczyń, którego główna bohaterka tak wyczekiwała od własnego syna.

Pozostałe wpisy w temacie (w kolejności powstawania):

> Kobiety „Ziemiomorza” w ujęciu statystycznym
> Kobiety „Ziemiomorza”. „Czarnoksiężnik z Archipelagu” — kobiety mityczne, kobiety słabe
> Kobiety „Ziemiomorza”. „Grobowce Atuanu” — kobiecość wyparta
> Kobiety „Ziemiomorza”. „Najdalszy brzeg” — kobiety nieobecne








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz