czwartek, 9 marca 2017

Stiekłow — Koestler

Po dłuższej przerwie wracam, nie tylko dlatego, że chciałbym reanimować bloga – tradycyjnie już opuszczonego przeze mnie w najmniej spodziewanym momencie — lecz także zmotywowany jednym fragmentem z „Mojego wieku” Aleksandra Wata, w którym relacjonuje on krótko swoją rozmowę z Jurijem Stiekłowem, komunistycznym działaczem, historykiem i publicystą, a także redaktorem gazety „Izwiestija”, aresztowanym podczas wielkiej czystki lat 30. w ZSRR, zmarłym zaś kilka lat później w szpitalu w Saratowie, tuż po ewakuacji Łubianki po ataku Niemiec na państwo Stalina. To właśnie Stiekłow znajduje się na znaczku pocztowym obok — jest to jedyny wizerunek tej postaci, który znalazłem w internecie, aczkolwiek nie szukałem zbyt intensywnie, więc coś mogło mi umknąć, szczególnie w rosyjskiej części internetu. Wat spotkał go w ostatnich dniach jego życia i rozmowa z nim utkwiła mu bardzo w pamięci — obaj mieli wysoką gorączkę, ale ta, jak wspomina pisarz, nie zaciemniła ich umysłów i nie zamieniła dialogu w bełkot, był bardzo przytomny i klarowny, prawdziwy. Mówili, rzecz jasna, o tym, co się działo, o polityce, o komunizmie. Wat zadał wtedy swojemu rozmówcy jedno pytanie:

Zmierzałem przede wszystkim do tego, aby wyjaśnić procesy, jednak mimo wszystko tajemnicze. Dlaczego te procesy? Dlaczego właśnie takie? Dlaczego się przyznawali bohaterowie rewolucji? Wtedy jeszcze nie bardzo sobie zdawałem sprawę. No, Koestler. Nikt nie znał Koestlera, ale gdybyśmy na Łubiance znali Koestlera, to byłyby śmichy-chichy. Zresztą nie twierdzę, że to nie jest w jakimś sensie prawdziwe i że nie było takich wypadków. Ale wiedzieliśmy przecie, jak się zmusza ludzi do wszelkich zeznań. Wiedziało się. Po co więc lewą ręką do prawego ucha? Ja wtedy zadałem Stiekłowowi to pytanie. Jak to się stało, że bohaterowie rewolucji dochodzili do takiego upadku? Bali się tortury? W końcu przecież siedzieli na Syberii. Jego odpowiedź: tortury? Dla nas, tortury? A po co tortury? Wszyscy, wszyscy — to pamiętam prawie dosłownie, bo przeszedł mnie dreszcz, zimny dreszcz w tej gorączce, tak to było powiedziane – wszyscy mieliśmy ręce po łokcie w gównie i we krwi. Każdy z nas, aresztowanych bohaterów rewolucji, widział przed sobą taką listę upadku i degradacji, i łajdactw, i to prawie od samego początku, że już właściwie było nam wszystko jedno. Przyznać się, nie przyznać się, nie miało znaczenia. Człowiek, który widział, że całe jego życie było pełne degradacji, coraz niższych (teraz ja mówię swoimi słowami, bo on to w większych skrótach, z ogromną siłą powiedział), czuł obrzydzenie do własnej przeszłości. Obrzydzenie do własnej przeszłości tłumaczyło przyznania się tych ludzi. (Aleksander Wat, „Mój wiek”, t. 2, wyd. Czytelnik, Warszawa 1990)

Ten fragment zwrócił moją uwagę, ponieważ jeszcze nie tak dawno temu czytałem „Ciemność w południe” przywołanego wyżej Koestlera, który rzecz bardzo zniuansował, rozpsychologizował, przeżuł w introspektywnym seansie, któremu zresztą sam mniej lub bardziej dałem się uwieść, co zaowocowało tekstem „Czerwony bluszcz”. Istotą jego wywodów był rozpoznanie kolektywnego charakteru związków z komunizmem i Partią, tj. zrośnięcia się z nią, a więc również jej przeszłością — tam, tj. według Koestlera, przyznania się w procesach, autodenuncjacje były robione właśnie w celu ocalenia niewinności początków rewolucji, tej przedstalinowskiej, a to dlatego, że godzono się w przewrotny sposób z ciągłością Partii i rewolucji, mimo tego, że teraz miała oblicze Stalina. Bardzo te tłumaczenia były niejednoznaczne i chimeryczne, mętne we wnioskach. Na ich tle sądy Stiekłowa zrelacjonowane przez Wata mają większą siłę rażenia przez swoją skrótowość i ostrość, być może jest w nich też więcej prawdy. W każdym razie na analizę fenomenu autooskarżeń podczas procesów zaprezentowaną w „Ciemności w południe” patrzę teraz mniej ufnie, nie żebym wcześniej z entuzjazmem zaaprobował wszystko, co się tam znalazło, czy też dla odmiany przyjął teraz bezkrytycznie opinię rozmówcy Wata, ale kluczy do tego zagadnienia może być więcej niż jeden.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz