niedziela, 16 kwietnia 2017

☣ Miniatura apokaliptyczna

Moje miasto, takie piękne, jak Phenian, tyle że z supermarketami zamiast monumentalnych obelisków i pomarańczowym niebem, zwiastującym bliski koniec świata. Jeszcze trzy dni wcześniej tętniące życiem, tak jak zwykły tętnić życiem małe sanatoria Polski B, a tego dnia już zupełnie opustoszałe. Wszystko potoczyło się zgodnie z przewidywaniami najpopularniejszego w kraju przewodnika dla survivalowców. Najpierw śledziliśmy apokalipsę w Internecie i wklejaliśmy memy, a kiedy rakiety skierowano w naszą stronę, zaczęły wyć przeraźliwie syreny i wszyscy uciekli do okolicznych lasów. Nieliczni, którzy mieli bliskich za granicą, wyjechali do Amsterdamu i Newcastle, Londyn już bowiem wyleciał w powietrze, została po nim tylko wielka dziura i stary dźwig w Southwark. Teraz przyszła kolej na moje piękne miasto, a wszystko przez fabrykę cennej porcelany nieopodal, na której państwo i sąsiedzi spod trójki zbudowali swój dobrobyt.

Patrzyłem, jak ludzie zabierają w pośpiechu swój dobytek, płaskie jak kartka papieru telewizory, komputery i tostery, niepewni, czy tam, w tych tajemniczych, dawno nieodwiedzanych okolicznych lasach są gniazdka, do których mogliby podłączyć swoje maszyny. Nie chciałem ich pozbawiać nadziei, choć znałem prawdę, byłem przecież w lesie w zeszłym miesiącu na grzybach, zanim niebo stało się pomarańczowe i zanim siły dobra zderzyły się z siłami zła. Nie widziałem tam żadnych gniazdek, poza tymi ptasimi, a jedyny ślad cywilizacji, który spostrzegłem, stanowiła puszka po napoju gazowanym. Uciekali więc ci wszyscy ludzie, a wśród nich moja matka, której życzyłem jak najlepiej, chociaż nigdy nie chciała mi uwierzyć, kiedy mówiłem jej, jak blisko jest już dzień zagłady. Teraz, z biało-czarnym, tłustym kotem w rękach i pożyczonym ode mnie tornistrem na plecach, do którego schowała tablet i sokowirówkę, już wierzyła. Ja stałem w oknie urzędu miasta, na drugim piętrze, gdzie pozostały tylko niedopite kawy i niedojedzone kanapki, zapach miłości i zawiści, czar minionych, beztroskich lat, i patrzyłem na ten cały rozgardiasz. Po placu Chopina, tzw. skwerku, na którym siadano na ławkach i w pogodne dni spoglądano w niebo albo sobie w oczy, teraz jeździły samochody. Próbowały jeździć. Okrutne trąbiono. Skwerek mógł pomieścić setki samochodów, o czym nigdy bym się nie dowiedział, gdyby nie nadciągająca apokalipsa.

W końcu jednak wyjechali i zostałem sam. Chodziłem po moim pięknym mieście i nigdy jeszcze, jak wówczas, pod tym pomarańczowym niebem, na moment przed zagładą, nie wydawało mi się tak majestatyczne. Centra handlowe dostojnie urosły, a ulice bez samochodów wydawały się czyste jak żyły sportowca. Ludzie wcale nie naśmiecili, bardzo skrzętnie wszystko spakowali i zabrali, nie pozostał ni pies, ni kot. Te bezpańskie również, one odeszły wcześniej, tak jak ptaki, które odleciały do zimnych krajów, jakby w przeczuciu, że lada dzień będzie tu zbyt ciepło. Nawet owadów nie słyszałem, nie czułem, komary potrzebują przecież żywej krwi, pasikoniki zielonej trawy. Zostałem ja ja jeden, pijący wodę lekko gazowaną, za którą zapłaciłem, kładąc monetę obok sklepowej kasy. Ostatni mieszkaniec miasta.

Nie doczekałem do zmroku, mimo że niebo zaczynało już oblekać się fioletem. Rozmyślania na parkowej ławce, z której obserwowałem opuszczoną przez bezdomnego dziuplę w drzewie naprzeciwko, przerwał mi turkot silników, gdzieś wysoko, ponad coraz cięższym od purpury niebem. Wreszcie oczom moim ukazało się arcydzieło zniszczenia, bomba atomowa, ze złotowłosym aniołem namalowanym na obłej jak kluska obudowie. Los chciał, że spadała tutaj, gdzie siedziałem, jakby tam na górze zorientowali się, że w mieście został ostatni żywy śmiałek. Byłem jej głównym celem, nie mogłem nawet liczyć na strategiczną pozycję nogami do epicentrum wybuchu, jak uczyła sto lat temu pani od fizyki. Jak mogłem liczyć, przecież nie wiedziałem, czy epicentrum będzie za moimi plecami, przede mną, po lewej stronie czy po prawej, a może na środku głowy. Stałem i czekałem więc na moją apokalipsę.

Kiedy już bomba spadła w usypany trzy metry dalej samotny kopczyk kreta, anioł okazał się wielkim żonkilem, ja zaś leciałem długo uśmiechnięty w powietrzu, aż wylądowałem niefortunnie na drzewie. Wisiałem na nim dwa dni, dopóki nie wrócili ludzie z lasów i przy pomocy straży miejskiej nie ściągnęli mojego ciała na ziemię. Moje piękne miasto odbudowano w tydzień czy dwa, ale ja już tego nie widziałem. Już nigdy więcej nie widziałem mojego pięknego miasta.

16.04.2017
(perspektywą wojny atomowej targany)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz