sobota, 15 kwietnia 2017

☣ Miniatura wielkosobotnia

O wielkosobotniej misji bojowej powiadomiono mnie dzień wcześniej. Właściwie to nie trzeba było mnie powiadamiać, chodzenie z koszykiem ze mną w roli celebransa wpisane było w kosmiczny ład rodzinnych, wielkanocnych spędów. Z wszystkich tradycji i rytuałów okołokościelnych ten sytuuje się zaraz po ślubie wśród tych najbardziej stresogennych i mrożących krew w żyłach, o ile spełniony zostanie jeden warunek. A o tym, że warunek ten najprawdopodobniej zostanie spełniony, wiedziałem już dzień wcześniej, gdy tylko sprawdziłem prognozę pogody. Wiatr miał zrzucać ludziom czapki z głów i giąć co lichsze gałązki drzew. Za mało, żeby ogłosić któryś tam stopień zagrożenia katastrofą naturalną, za mało, żeby ostrzec ludzi, a tym samym dać mi pretekst do odmowy podjęcia się misji bojowej, ale wystarczająco wiele, abym w tych szczególnych okolicznościach stoczył heroiczną walkę z ozdobną serwetką przykrywającą koszyk. Oczywiście na oczach wszystkich, z reguły lepiej radzących sobie z delikatną materią święconek. Nie spałem w noc poprzedzającą Wielką Sobotę, stresowałem się mniej więcej tak, jak przed egzaminem na prawo jazdy.

Powiedzą: „Przyczep serwetkę agrafką”, ale to wcale nie jest takie oczywiste. Nie takie hop siup. Próbowałem tego rok wcześniej, ale czy to z powodu mojej osobliwości, czy to z powodu osobliwości niesionego koszyka — bez większego powodzenia. Serwetka, jak latała, tak latała na wszystkie strony, a ja przez całą drogę musiałem czuwać nad tym, żeby jej gdzieś nie zwiało. Teraz wszystko malowało się w jeszcze ciemniejszych barwach, niemalże tragicznie. Dla mojego większego dyskomfortu psychicznego kobiety w rodzinie tak serwetkę wypieściły, ułożyły co do milimetra, idealnie, na miarę, że sugestia była aż nadto oczywista — nic się tutaj popsuć nie mogło. Nie muszę mówić, że to obciążenie psychiczne odniosło skutek odwrotny. Wszystko dzisiaj popsułem. 

Wstydziłem się za koszyk, który tak nieprzystojnie odsłaniał się przed innymi, pokazywał chlebek i mięsko w negliżu. Bo przecież skoro jest ta serwetka, to jest po co coś. To znaczy, żeby nic nie było widać, wiatr był jednak złośliwy, układała mu się współpraca z koszykiem, ten mały sabotaż. Non stop musiałem reagować. Zazdrościłem innym, tak nonszalancko niosącym swoje święconki, jak torebki albo parasolki, jakby na co dzień chodzili z nimi do pracy albo sklepu, moja była uchuchana i wydmuchana, w ręce zgiętej przez całą drogę, drugą musiałem w niej bowiem bezustannie gmerać, przytrzymywać raz jeden koniec ozdobnej szmatki, raz drugi. Inni widzieli ten mój heroiczny bój, ale wcale nie jestem przekonany, czy śledzili go z empatią, współczuciem, czy ze złośliwą satysfakcją. Do kościoła jednak doszedłem, wprawdzie solidnie wygimnastykowany, prawie zmęczony od tych zmagań z naturą rzeczy, ale jednak z tarczą, a nie na tarczy. 

Co się odwlecze, to nie uciecze jednak. Chociaż wracałem z koszykiem wyświęconym, jeszcze bardziej godnym czci, a co za tym idzie wymagającym większej odpowiedzialności, to trzy ulice przed domem, już podniecony bliską perspektywą zakończenia tego horroru, tak się rozmarzyłem, że wiatr serwetkę zwiał i poniósł na drugą stronę ulicy. Tam uratowały ją jakieś rozchichrane dziewczęta, którym kłaniałem się w pół, na przemian drapiąc po głowie i dziękując. Obiecałem sobie wówczas, że za rok obciążę ozdobną szmatkę kamieniami.

15.04.2017


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz