poniedziałek, 1 maja 2017

❖ Kto się jeszcze boi Boba?

Laura obiecała agentowi Cooperowi, że spotkają się ponownie po 25 latach i oto dzieje się, z lekkim poślizgiem: kultowy serial wraca 21 maja na ekrany, a jego twórcą jest nie kto inny, jak David Lynch. Świat oszalał, fani i fanki przebierają nogami ze zniecierpliwienia, serial ma więcej zwiastunów niż nowy „Obcy”, ludzie kupują maskotki Boba i Pieńkowej Damy, krótko mówiąc: epokowe wydarzenie. Nie no, żartuję. Jak na kultowy serial, nowe „Twin Peaks” jest słabo reklamowane, tajemnicze zwiastuny  są dość minimalistyczne, a właściwie, jak na standardy współczesnego kina, bardzo minimalistyczne, no i rzecz najważniejsza: „Twin Peaks” nie będzie konkurować z „Dynastiami” czy „Domkami na prerii”, ale serialami, które montażem, dopracowaniem, wartką fabułą, przywiązaniem do szczegółu, grą aktorską odróżniają się od tego, co można było zobaczyć jeszcze parę dekad temu, również w samej historii o poszukiwaniach mordercy Laury Palmer.

Na okoliczność zbliżającej się premiery nowej serii powtórzyłem sobie stare odcinki — dokładniej mówiąc osiem odcinków pierwszego sezonu i dziewięć drugiego, po wyjaśnieniu, kto jest zabójcą, serial rozmemłał się bowiem zupełnie; dalej nie oglądałem (tzn. teraz, bo kiedyś obejrzałem całość). Ale i ta lepsza część, łącząca różne gatunki, nie wzbudziła już tego samego entuzjazmu co dawniej. Zresztą, będę szczery, entuzjazm entuzjazmem, kluczowe dla zauroczenia „Twin Peaks” było uczucie grozy, którego źródłem, rzecz jasna, w dużej mierze była postać Boba (odpowiednio dawkowana i opakowana). Dzisiaj Bob, którego nie zobaczymy z pewnością w kreacji przedwcześnie zmarłego Franka Silvy, o ile w ogóle zobaczymy, już tak nie straszy — zwracają za to uwagę inne wątki.

„Twin Peaks” oczywiście nie kryło nigdy eklektyzmu gatunkowego, łączenia elementów opery mydlanej z filmem autorskim, w tym oniryzmem, opowieścią grozy, thrillerem, dramatem, kryminałem, komedią. Dzisiaj opera mydlana czy telenowele nie mają wstępu na salony, a wielkie produkcje HBO czy Netflixa jak ognia unikają jakichkolwiek związków z tym niższym gatunkiem, przez który serialom od lat przyczepiano etykietkę czegoś gorszego od pełnometrażowych filmów fabularnych. W „Twin Peaks” przaśności i naiwności znanej z telenowel nie brakuje — i w wątkach romansowych, i tych humorystycznych, a karykatura i ironia, owszem, obecne, są tak podane, że nie sposób twórcy posądzić o chęć zrobienia satyry. Krótko mówiąc, chociaż dzisiejsze seriale też korzystają z klisz i są schematyczne, to starają się jednak o jak największy realizm, w „Twin Peaks” korzystanie z klisz jest zamierzone i widoczne. Może być tak – może trochę było tak właśnie w moim przypadku — że dzisiaj zwraca to bardziej na siebie uwagę przez kontrast do współczesnych produkcji, perfekcyjnie imitujących życie, czy to w czasach historycznych, czy obecnych, czy po apokalipsie. To, co w serialu z lat 1990-1991 było świadomą grą z tradycjami, artystycznym pomysłem, teraz może trącić myszką, nawet tandetą (Oh, James, oh Donna).

„Twin Peaks” ma też inne tempo narracji i sam sposób prowadzenia jej. Dzisiaj w serialach zwykle każda scena ma znaczenie dla fabuły, a o tym znaczeniu najczęściej dowiadujemy się jeszcze w tym samym odcinku (albo następnym), w serialu Lyncha (mówię umownie, chociaż wiem, że nakręcił de facto tylko kilka odcinków) prowadzone są różne wątki, często niezwiązane z historią morderstwa, nierzadko rozmowy dotyczą nieznaczących szczegółów. Nie mają one w założeniu popychać akcji do przodu, nie rozwija się ich też po to, żeby w pewnym momencie połączyć z głównym wątkiem. To zupełnie niestandardowe podejście do prowadzenia historii, i niekoniecznie daje przewagę „Twin Peaks” nad nowymi produkcjami, raczej odwrotnie. Serial sprzed 25 lat może wydawać się przez to nieco leniwy, może nawet miejscami nudny (odcinek pilotażowy, trwający 1,5 godz., to test dla naszej cierpliwości, a przecież pierwsze odcinki mają z miejsca angażować widza w serial).

Czekam na nowe „Twin Peaks” nie tyle z powodu nostalgii, ile z powodu chęci zobaczenia, czy Lynch dostosuje się do współczesności i zdynamizuje serial (niekoniecznie przez samą akcję, ale chociażby nierozwijanie wątków pobocznych, inne rozłożenie akcentów), a może przeciwnie — będzie chciał wrócić do tego, co wtedy, w latach 90., tak urzekło rzesze widzów.

No dobrze, ciekawie będzie zobaczyć tych wszystkich aktorów po latach, tym bardziej że wielu z nich — prawie wszyscy — nie rozwijało aktorskiej kariery. Dzisiaj konwencja telenoweli, w której mogli sobie pozwolić na ochronny parasol w postaci nieco karykaturalnej gry, może ich nie uratować. To będzie dziwne uczucie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz