sobota, 11 listopada 2017

☣ Ja też

Szanowna redakcjo „Pudelka”,

mało kto, patrząc na mnie, starszego referenta ds. administracyjnych, człowieka niewymownie przeczołganego przez życie i pracę w urzędzie miejskim, uwierzyłby, że swojego czasu byłem o włos od kariery aktora, i to nie podrzędnego, nawet nie krajowego, ale światowego formatu. Po tych wszystkich latach zmagań z codziennością sam, widząc się w lustrze, nie kojarzyłem już swojej osoby z tamtymi czasami, kiedy koleżanki piszczały na mój widok, a ja już, już prawie witałem się z wielkim ekranem. Dopiero przez ostatnio ujawnione wyskoki pewnej znanej w show-biznesie postaci wspomnienia wróciły. A wraz z nimi emocje, ból, pamięć o niespełnionych marzeniach. Wierząc, że mój głos wspomoże tych, którzy odważyli się przełamać zmowę milczenia, postanowiłem przyłączyć się do nich i opowiedzieć o swoim dramacie sprzed lat z nadzieją na zrozumienie i jakieś skromne honorarium.

20 lat temu, w 1997 r., kiedy szczytem marzeń dzieciaków były resoraki z Matchboxa i komunijny rower, ja, rozsądny chłopak, zdeterminowany, by osiągnąć sukces, grałem pierwszoplanową rolę osiołka przy żłobie w szkolnych jasełkach. Przygotowywałem się do niej gorliwie przez wiele miesięcy, pocąc się bardzo, odwiedzając z rodzicami znajomych gospodarzy i importerów salami oraz oglądając filmy dokumentalne, a także „Opowieść wszech czasów”. Właśnie szykowałem się wraz z kolegą grającym owcę do podróży na Bliski Wschód, gdzie zamierzałem przyjrzeć się życiu osiołków w środowisku naturalnym, kiedy spadła na nas jak grom z jasnego nieba wiadomość, że do naszej szkoły przyjeżdża pewien znany, utalentowany i ambitny hollywoodzki aktor, by objąć pieczę nad naszym przedstawieniem jako executive producer. O wyjeździe na Bliski Wschód mogłem zapomnieć, chociaż wtedy nie postrzegałem tego, o naiwności, jako straty. W końcu przyjeżdżał on — człowiek, od którego mógłbym się nauczyć, jak grać nie tylko osiołka, ale nawet i marchewkę.

Szkoła postawiona została w stan gotowości, wszyscy żyli zbliżającym się przyjazdem tej wielce szanowanej osobistości. Zielony, mechaty dywan na wprost głównego wejścia zastąpiono czerwonym. Niektórzy mówili, że dyrektorka przywiozła go z Indii i trzymała u siebie w salonie, ale byli i tacy, którzy twierdzili, że widzieli podobny na miejscowym bazarze. Tak czy inaczej, dywan był czerwony, a nie zielony, no i niezmechacony, i to się przede wszystkim liczyło. Oprócz położenia nowego dywanu odmalowano szkołę wewnątrz i na zewnątrz, wypastowano podłogi, wstawiono panu Kazikowi z portierni sztuczne zęby i wytarto z kurzu oprawione w szkło portrety trzech wieszczów i patrona szkoły, Tadeusza Kościuszki, a obok polskiego godła, na wprost wejścia, powieszono wizerunek Thomasa Jeffersona, wycięty przez panią od plastyki z podręcznika do historii. Dzień przed godziną zero wszystkie kobiety zrobiły sobie ondulację, a kiedy już umyto okna, stało się jasne, że sytuacja jest poważna.

W dniu przyjazdu słynnego aktora kropił kapuśniaczek i było dość chłodno, ale szpaler z chorągwiami stał przed szkołą od samego rana. Na jego czele dwoje młodych ludzi z bochenkiem chleba i solniczką, na wszelki wypadek cały czas uśmiechnięci, a za nimi dyrektorka, ksiądz proboszcz, radny miasta, rada rodziców, zaaferowani i niespokojni. Nie łatwo było przewidzieć, o której zjawi się nasz znamienity gość. Wprawdzie dzień wcześniej wysłano do Warszawy delegację wuefistów z anglistką w roli tłumaczki, ale to były jeszcze czasy, kiedy niewiele osób używało komórek, więc trudno było o synchronizację działań. Nie można było przegapić właściwego momentu, ale byli i tacy, którzy korzystali jeszcze z wolnej chwili. Polonistka przepytywała uczniów z wiedzy o aktorze, Małgosia z IV B powtarzała raz za razem okolicznościowy wierszyk, a pan Zbyszek nastawiał stary projektor, który miał służyć naszemu zagranicznemu opiekunowi w nauczaniu nas aktorskiego rzemiosła. Ktoś spostrzegawczy zauważył też lunetę wystawioną przez okno na drugim piętrze i prędko wszyscy zrozumieli, dlaczego szczęśliwie odwołano tego dnia lekcje fizyki. Po prawdzie tego dnia odwołano wszystkie lekcje (oprócz wiedzy o aktorze), ale z tej fizyki cieszyłem się najbardziej.

Nagle rozległ się wystrzał. W przerażeniu zaczęliśmy rozglądać się wokół. Po kilku sekundach wzrok wszystkich zgromadzonych przed szkołą skupił się na jakimś punkcie wysoko na niebie. Z okna na drugim piętrze wystrzelono flarę. To był umówiony znak. Zebranymi wstrząsnął dreszcz, dało się słyszeć gdzieniegdzie jakieś śmichy chichy, ciche rozmowy, zaraz jednak ucięte przez pełne napięcia spojrzenie dyrektorki. Przed szkolną bramą stanął Ford Escort i po chwili wyłoniła się z niego jego właścicielka, nasza anglistka. Do drzwi pasażera, które zaczęły już się otwierać, dobiegł pan od muzyki i zamaszystym ruchem ręki wyręczył naszego znamienitego gościa, prawie je wyrywając, po czym ukłonił mu się w pas. 

Oto i on we własnej osobie. Przeciętnego wzrostu, z wysokim czołem i dwiema bruzdami biegnącymi od nosa do ust na poczciwej twarzy, wyglądał trochę jak tata Mateusza, mojego najlepszego ówczesnego kolegi, z tą różnicą, że tata Mateusza nie był znanym, utalentowanym i ambitnym hollywoodzkim aktorem. Nasz gość uśmiechał się i machał do zebranych przed wejściem, kiwał z aprobatą na widok chorągwi, rozłożył ręce w geście pozytywnego zaskoczenia, kiedy próbowano wcisnąć mu chleb i sól. Pocałował proboszcza w palec serdeczny i przyjął kwiaty od radnej, a potem familiarnie objął dyrektorkę ramieniem i coś jej szeptał. Anglistka musiała zbliżyć swoją twarz do ich dwojga, żeby na bieżąco tłumaczyć, ponieważ dyrektorka umiała tylko po polsku i rosyjsku. Szli tak we troje, prawie do siebie przytuleni, grała pogodna muzyka, jakieś trąbki, gdzieś coś błysnęło. Ten pochód nie trwał długo, po chwili hollywoodzki aktor schował się z resztą towarzystwa w szkole, złożono chorągwie i pozostali też skierowali się do środka. Jeszcze wówczas wydawało się, że przyjechała do nas najsympatyczniejsza osoba pod słońcem, niebawem miałem się jednak przekonać, jak bardzo pozory mogą mylić.

Nasz executive producer z miejsca wziął nas w obroty. Codzienne wielogodzinne próby, po próbach zajęcia teoretyczne, po zajęciach znowu próby, potem wspólne oglądanie filmów i mecz w kosza. Każdego zaszczycał tą samą uwagą, nie było dla niego mniej lub bardziej znaczącej roli — poświęcał czas nie tylko grającym na pierwszym planie zwierzątkom przy żłobie, ale nawet Herodowi. Jeśli komuś coś nie wychodziło, przytulał i swoim ciepłym, leniwym głosem uspokajał. Potrafił się też co prawda zdenerwować i wtedy rozrzucał siano ze żłobu, machał gwiazdą betlejemską i krzyczał, że to „shame”, a nawet „fucking”, ale zaraz pojednawczo klepał ucznia, który go rozzłościł, i ponownie się uśmiechał. W takich chwilach iskierki tańczyły w jego schowanych głęboko ciemnych oczach. 

Oczywiście wszyscy biegali koło wielkiego aktora, gotowi spełniać jego życzenia, z dyrektorką na czele, ale on grał rolę najskromniejszego człowieka na ziemi, dlatego do szkoły dojeżdżał komunikacją miejską i mieszkał w trzygwiazdkowym hotelu, chociaż w mieście mieliśmy też czterogwiazdkowy. Mało tego, jadł z dziećmi na stołówce, a te, które grymasiły, łapał żartobliwie za uszy, ale nie zmuszał do jedzenia, tylko zgarniał ich porcje na swój talerz, puszczał oko i rozśmieszał udawaniem Jimmy’ego Stewarta, którego naturalnie i tak nikt nie kojarzył. Na stołówce czasami zwracał też uwagę na jakiegoś nowego chłopca, którym zastępował w przedstawieniu jednego z dotychczasowych. Martwiłem się wówczas, że i mnie zastąpi kimś innym, ale nie doszło do tego, z czego byłem wtedy bardzo rad.

Przez te dwa tygodnie brał każdego na indywidualne zajęcia, poza Kasią, która grała Matkę Boską, bo jak mówił, pewne rzeczy lepiej ćwiczy się pojedynczo i że tak łatwiej jest pokazać, co robi się nie tak. I chociaż byłem przekonany, że radzę sobie jako osiołek całkiem dobrze, dotąd bowiem nie słyszałem, żadnych krytycznych komentarzy na temat mojej gry, to i mnie kazał zostać pewnego dnia po zajęciach. Z jednej strony cieszyłem się, że nasz znamienity gość popracuje nad moim aktorskim warsztatem sam na sam, a więc efektywniej, a z drugiej — trochę źle się z tym czułem, bo to była sugestia, że coś wymaga dopracowania, poza tym Mateusz, który grał owcę, też został na takich zajęciach poprzedniego dnia i od tamtej pory nie odezwał się ani słowem. Chodził markotny i jedyne, co robił, to beczał przy żłobie. Sądziłem wówczas, że executive producer musiał dać mu srogą lekcję, a to beczenie jest formą wczuwania się w rolę. Nauczony doświadczeniem kolegi, zawczasu robiłem więc dobre wrażenie, wydając z siebie częściej niż zwykle „iha iha”, tak by było jak najmniej uwag do mojej gry. Uspokoiwszy w ten sposób sumienie, wszedłem do pokoju, w którym urzędował hollywoodzki aktor, bez większych obaw.

On od razu wstał, a kiedy się uśmiechnął, bruzdy tak mu się pogłębiły, że można było w tych wgłębieniach schować ołówek. I gdy tylko przyszło mi to na myśl, on wyciągnął stamtąd ołówek i się roześmiał. Ja też się roześmiałem, bo wydał mi się sympatycznym śmieszkiem.

— Kol mi Kevin — powiedział, wyciągając rękę w moim kierunku.

Zrozumiałem, że się przedstawił, dlatego podałem mu swoje imię. Kiedy to zrobiłem, zaczął na mnie dziwnie patrzeć, coraz intensywniej, przeistaczał się na twarzy, w jego oczach odbijało się już coś głębszego, spod powierzchni, jakby ktoś inny pojawił się w pokoju, już nie sympatyczny śmieszek. Złapał ośle uszy, które trzymałem w ręce, i założył mi je na głowę, po czym przemówił:

— Maj litl donkej, tocz my talala.

Przychylił się do mnie, a że ja słabo znałem wtedy jeszcze angielski, złapałem go za nos i ścisnąłem. Był tak zaskoczony, że zamiast zabrać moją dłoń, odpowiedział prędko:

— Dis is not maj talala.

Nie mogłem się powstrzymać, kiedy usłyszałem jego głos, i parsknąłem śmiechem. Wtedy zdenerwował się nie na żarty, zamknął drzwi na klucz, a ja uzmysłowiłem sobie, że dzieje się coś strasznego. Kevin wyjął z szuflady różowe królicze uszy, założył je sobie na głowę i usiadł na biurku. I tak siedzieliśmy przez chwilę w napięciu przed sobą — ja w oślich uszach, a on w króliczych. Pamiętam, że to, co było potem, trwało około dwóch godzin. I że przez te dwie godziny głaskałem go po czole, a on do znudzenia powtarzał „talala”, aż mi się niedobrze od tego zrobiło. Potem pozwolił mi się jeszcze raz złapać za nos i powiedział kwikliwie, że to ma pozostać sekretem między nami mężczyznami i że odwdzięczy się zaangażowaniem mnie w filmie o Batmanie. 

Nic nie powiedziałem w domu rodzicom. Bałem się, że mnie wyśmieją, bo przecież żaden hollywoodzki aktor nie chodziłby w różowych króliczych uszach, poza tym, przyznaję, Kevin trochę zamydlił mi oczy tym „Batmanem”. Dzień w dzień przygotowywałem się do przedstawienia, śniąc i marząc o roli w prawdziwym, kinowym filmie. Wcale nie myślałem wówczas o tym, że innym chłopakom mógł obiecać to samo, spodziewałem się, że to mimo wszystko moja brawurowa gra w jasełkach skłoniła go do złożenia mi tej propozycji. Dość powiedzieć, że za tę grę dostałem owację na stojąco po premierze i oczyma wyobraźni widziałem się już na miejscu Kevina. Jak to mówią, czułem bluesa.

Moje szczęście nie trwało jednak długo. Nasz executive producer wyjechał cichcem zaraz po przedstawieniu. Wuefiści, którzy właśnie po dwóch tygodniach wrócili z Warszawy, widzieli ponoć, jak wsiadł z anglistką do jej forda i odjechał. Już wtedy poczułem lekki zawód, ale taki wyjazd jeszcze niczego nie przekreślał. Nadal wierzyłem, że lada moment przyjdzie list z zaproszeniem do Hollywood. Kiedy jednak dni i tygodnie mijały, a Kevin nie dawał znaku życia, dotarło do mnie, że głaskałem go po czole całkiem za friko i że zrobił mnie w bambuko. Rozsierdziło mnie to strasznie, dlatego o wszystkim powiedziałem wychowawczyni. Ta wstawiła mi uwagę do dziennika za gorszące fantazje i próbę oczernienia szanowanej postaci i wysłała na dywanik do dyrektorki. Tam na ścianie zobaczyłem portret Kevina na tle infernalnych płomieni i już wiedziałem, że nic nie zdziałam w tym kółku wzajemnej adoracji. Rodzice też nie chcieli o tym nic słyszeć, bo dyrektorka przekupiła wcześniej ojca miejscem w radzie rodziców, a matkę autografem niecnego aktora. Mnie na „pociechę” pozostawiono rolę kosyniera w przedstawieniu o insurekcji kościuszkowskiej, które zorganizowano rok później. Próbowano dać mi do zrozumienia, że to zasługa Kevina, który zza oceanu zadziałał i pociągnął za odpowiednie sznurki, ale to był już czas, kiedy nie wierzyłem w takich dobrodziejów. Później jeszcze chciałem załapać się na grę w adaptacji „Muminków”, ale zignorowano moją kandydaturę, w czym niewątpliwie maczał palce Kevin, a jeśli nie on osobiście, to z pewnością jego klakierzy w Polsce.

Zamknięto mi drogę na sceny teatrów i na wielki ekran, a kiedy podczas rozmów kwalifikacyjnych w kolejnych latach wspominałem o sukcesie na bożonarodzeniowych jasełkach, uśmiechano się z politowaniem. Ot, tyle kosztował mnie przyjazd tego znamienitego aktora, który z taką wprawą maskował się przez lata i udawał kogoś w typie taty Mateusza. Dla mnie jest tylko nicponiem w różowych króliczych uszach, który kazał się głaskać po czole i opowiadał o swoim talala. Wierzę, że sprawiedliwość w końcu go dopadnie. Korzystam z obecnego wzmożenia i do innych głosów wołających o wymierzenie kary nicponiowi dołączam również swój.

Z poważaniem
Tomasz Dyszka
(eksaktor)

PS Będę niezwykle wdzięczny i zobowiązany, jeśli na marginesie walki o sprawiedliwość i w ramach rekompensaty za ujawnienie swoich danych osobowych, a także odważne poświadczenie prawdy własną osobą, zdecydują się państwo na przelanie mi stosownego honorarium. Numer konta na drugiej stronie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz