środa, 8 listopada 2017

❏ Po bezdrożach do celu

Zanim wziąłem do rąk „Mądrość krwi” Flannery O'Connor, dowiedziałem się, że była katoliczką z południa — a właściwie Południa — Stanów Zjednoczonych, a wiara miała niebagatelny wpływ na jej twórczość. Byłem właśnie po schizofrenicznej i męczącej „Po tamtej stronie” Alfreda Kubina, dlatego tak zaanonsowane pisarstwo Amerykanki dawało nadzieję na tymczasowe poskładanie wszystkiego do kupy bez konieczności intensywnego używania mózgu. Wiadomo, twórczość religijna — więc ciosana obuchem, łopatą wpychająca do głów prawdę. Do takich symplifikacji może przylgnąć, i to bez złej woli, wyobraźnia współczesnego człowieka, karmionego telewizyjną tandetą (również pseudoreligijną) i jakby zapominającego o kilkunastu wiekach subtelnej sztuki religijnej, chociaż „Mądrość krwi” to oczywiście nie utwór religijny par excellence, tylko raczej typ twórczości sophisticated w wydaniu świeckim, w której wątek religijny ma duże znaczenie. Tak czy inaczej, uzbrojony w beztroskie przekonanie o łatwości zbliżającego się czytelniczego doświadczenia poległem już na pierwszych stronach tej powieści, jej lektura z pewnością nie jest bowiem okazją do odpoczynku dla naszego umysłu. Trzeba mi było nie tylko zmienić nastawienie, ale jak się finalnie okazało — przeczytać „Mądrość krwi” jeszcze raz.

Autorka w krótkiej przedmowie podaje co prawda trop, zdradzając, że to utwór o chrześcijaninie malgré lui*, ale ta wiedza nie rozjaśni nam magicznie wszystkich wątków, nie wytłumaczy sposobu narracji i nie da odpowiedzi na pytanie, dlaczego bohaterowie są przedstawiani tak, a nie inaczej. A jest to wszystko dziwne, może nawet należałoby powiedzieć — nieprzyjemne. Główny bohater, Hazel Motes, wraca z wojny do kraju. Pierwszy raz widzimy go w pociągu, gdzie daje się poznać jako postać mrukliwa i antypatyczna. Hazel wychowywał się w religijnym domu, jego dziadek był kaznodzieją, ale on sam, zmęczony ideą „czyhającego” na niego Jezusa, stracił na wojnie wiarę. Teraz gotowy jest udowadniać wszystkim, że Chrystus nie zbawił ludzkości, że był kłamcą i że można być uczciwym człowiekiem, nie wierząc w Boga, chociaż, o ironio, napotykane osoby biorą Motesa za… pastora. Niby tłumaczą to jego charakterystycznym kapeluszem, ale można domniemywać, że przyczyna jest głębsza i że „metafizyczne” zaangażowanie (nawet jeśli deklaratywnie antyreligijne) emanuje z jego wnętrza i właśnie mimo woli.

Hazel poznaje w jednym z miast Południa niewidomego wędrownego kaznodzieję i jego córkę, którzy na wciskaniu ludziom pseudoreligijnych banałów zarabiają na życie. Dla rozdrażnionego tym Motesa jest to impuls do rozpoczęcia analogicznej agitacji, tyle że w drugą stronę. Zakłada Kościół bez Chrystusa i naucza przechodniów z maski dopiero co zakupionego essexa, że jedyną prawdą jest to, że nie ma żadnych prawd. Nieco wcześniej zaczepia go też młody chłopak, Enoch Emery, usilnie pragnący poznać kogoś w nieprzyjaznym mu mieście. Motes nie jest jednak zainteresowany tą znajomością, w ogóle zdaje się niezainteresowany wchodzeniem w relacje z kimkolwiek, a jeśli to robi, to z jakiegoś wewnętrznego przymusu, jakby chciał coś udowodnić. Tak się dzieje w przypadku prostytutki, u której decyduje się zamieszkać, a potem córki wspomnianego wcześniej wędrownego kaznodziei, którą postanawia uwieść, podobne znaczenie można przypisać także impulsywnej decyzji o kupnie samochodu.

Próby odczytania wszystkiego, co ma do zaoferowania ten utwór, w tak krótkim tekście z pewnością spaliłyby na panewce, nie wspominając o tym, że wiele wątków nadal ukrytych jest dla mnie za siecią symboli. Z pewnością jest to powieść drogi — w tym znaczeniu, że główny bohater przybywa skądś i dokądś zmierza, nie ma właściwego domu, nazywa nim wprawdzie zakupionego essexa, ale można przypuszczać, że to tylko tymczasowa przystań, poniekąd iluzoryczna. Ostatnie strony przyniosą wyraźną sugestię, gdzie w istocie cały czas dążył Hazel Motes, i to jest to malgré lui jego chrześcijaństwa. Mimo że próbował za wszelką cenę udowodnić innym, a być może przekonać samego siebie, że nie ma nic poza tym, co jest tu i teraz, to finał uzmysławia nam, że szukał właśnie tego właściwego domu poza znaną nam rzeczywistością. Tym do pewnego stopnia daje się tłumaczyć jego oschłość i nieobecny wzrok — Motes patrzył na to, co dla innych było niewidoczne, nie interesowała go doczesność, czego wyrazem był też końcowy akt samookaleczenia. Jego przeciwieństwem jest młody chłopak, Enoch, który także jest na swojej drodze, tyle że jego poszukiwanie tożsamości wiedzie przez życie, między ludźmi. On nie zatapia się w introspekcji, ale reaguje instynktownie (kierowany tytułową mądrością krwi, chociaż to określenie można odnieść też do odkupieńczej krwi Chrystusa), jest aktywny i chętny do wchodzenia w relacje z innymi, niestety nie może znaleźć zrozumienia.

Te dwie postaci w amerykańskiej literaturze przedmiotu doczekały się licznych interpretacji, z których gros stanowiły te sytuujące Hazela i Enocha w opozycji do siebie — nie tylko jako wyrazicieli vita contemplativa i vita activa, ale wręcz pierwiastka duchowego (Hazel) i materialistycznego czy nawet pogańskiego (Enoch), sacrum i profanum. Może to budzić w wielu czytelnikach pewien dyskomfort, bo Enoch to właściwie jedyna postać w powieści, do której można poczuć lekką sympatię, zresztą sama O'Connor bynajmniej nie dystansowała się od Enocha w listach do przyjaciół. O ile więc trudno zaprzeczyć, że ci dwaj bohaterowie są swoim przeciwieństwem, to już łatwe przypisanie jednemu pozytywnych konotacji, a drugiemu negatywnych można uznać za zbytnie uproszczenie. Niewątpliwie obaj stanowią egzemplifikację losów współczesnego człowieka, żyjącego w świecie postreligijnym (postchrześcijańskim), po omacku i czasami w naiwny sposób szukającego prawdy, skrawków „metafizyki” i własnej tożsamości.

Czytelnik może być gotowy przyjąć tę nadprogramową dawkę symboli i głębi przekazu (chociaż autorka deklarowała przywiązanie do prostoty), ale podczas lektury „Mądrości krwi” będzie musiał się jeszcze zmierzyć z jej stylem. A to może być bariera początkowo nie do przejścia, i raczej nie wynika to tylko z nie najlepszego wydania tej pozycji w języku polskim. Poinformowani na początku przez O’Connor, że będziemy mieć do czynienia z utworem humorystycznym, z zaskoczeniem zauważymy po stu czy stu pięćdziesięciu stronach, że jeszcze nic nas nie rozśmieszyło. Charakterystyczna dla Southern Gothic mieszanka czerni, groteski (ale nie w czytelny sposób wykoślawiającej rzeczywistość), absurdu, a przy tym nieprzyjemnego naturalizmu i eksponowanej społecznej atrofii czynią humor tej powieści trudno przyswajalnym, nie od razu uchwytnym — dopiero druga jej lektura przyniosła momenty, podczas których byłem w stanie się uśmiechnąć.

Faktycznie, jeśli spojrzy się na nieliczne oceny tej powieści w polskim kręgu czytelniczym, dostrzeże się, jak pełen ambiwalencji może być jej ogólny odbiór — od odrzucenia po fascynację. Czasami — jak w moim przypadku — w ramach jednego czytelniczego doświadczenia. Tak czy inaczej, warto dać powieści O'Connor szansę, tym bardziej że nie jest długa, nawet jeśli początkowo, jak jej bohaterowie w życiu, czujemy się podczas lektury mocno zagubieni.

*Flannery O’Connor, Mądrość krwi, tłum. Ewa Życieńska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1997.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz