poniedziałek, 29 stycznia 2018

❖Jak poszarpane zbocza gór

Najlepiej czuł się z dala od cywilizacji, w każdym razie tam szukał ukojenia. Świat ludzi źle mu się kojarzył, poznał jego najgorszą stronę, pogrążył się w nałogu narkotykowym, zawiódł się na innych, zawiódł również — może przede wszystkim — na sobie. Natura stała się dla niego enklawą, do której uciekał, w której próbował poskładać się, raczej nieudolnie, do kupy, prawdopodobnie też obiektem nieodwzajemnionej miłości. Im bardziej w niej się zatapiał, tym bardziej tracił kontakt z rzeczywistością, tym wyraźniejszy stawał się antagonizm między nim a ludźmi. Nie był silnym, wolnym duchem, był człowiekiem słabym i nieuporządkowanym, postacią tragiczną, do końca uciekającą przed własnymi demonami. 

W poświęconym mu dokumencie Werner Herzog porównuje jego duszę do poszarpanych górskich szczytów. Nie sposób nie zgodzić się z tym spostrzeżeniem. Kiedy ogląda się „Grizzly Mana”, widać jak na dłoni, że Timothy Treadwell nie był człowiekiem ze skazą, ale z pęknięciem dzielącym go bezlitośnie na pół, właściwie z licznymi pęknięciami. Jego gorące filipiki przeciw cywilizacji mogą budzić zażenowanie, tak jak i bliskie infantylności uczłowieczanie niedźwiedzi, w których ostatecznie musiał odezwać się instynkt; jedno i drugie nie ma w sobie jednak nic z komizmu, jedynie tragizm. Grizzly Man zginął w 2003 roku razem z towarzyszącą mu Amie Huguenard w paszczy jednego z nich.

O dokumencie Wernera Herzoga można wspominać bez okazji, bo jest fantastyczny, tak jak wiele innych dzieł dokumentalnych tego reżysera — na tle natury eksponuje on to, co ludzkie, właściwe nam, i zawsze zabierając nas na głębokie morze; człowiek, czasami wielki, czasami tragiczny, jest w nich pierwszoplanową postacią, nie natura. Tym razem jednak wspomnienie jest okolicznościowe, bo jakkolwiek bohater „Grizzly Mana” wykazywał symptomy czegoś wychodzącego ponad mizantropię i wewnętrzne nieuporządkowanie, być może jakiegoś zaburzenia czy nawet choroby, to jednak z Tomaszem Mackiewiczem łączy go w pewnym stopniu ponura przeszłość w szponach nałogu i uciekanie, uciekanie od tej przeszłości i uciekanie od problemów teraźniejszości, i pewnie też od wciąż czających się w zakamarkach duszy demonów; łączy go miłość do natury, być może dająca nieco złudne ukojenie, w końcu zaś łączy go śmierć w objęciach tego, co dawało wyzwolenie, pozorne bądź nie. To tylko skojarzenie, na pewno paralela nie jest idealnie równoległa i na pewno inny stopień skonfliktowania ze światem towarzyszył obu postaciom (Mackiewicz miał rodzinę, która na pewno była dla niego ważna). Dla mnie istotne jest też dopowiedzenie historii, dalekie od optymizmu. Obaj wyzwolili się bowiem z nałogów, tych cywilizacyjnych, bardzo ciężkich zresztą, ale... czy znaleźli ostatecznie ukojenie? A może to wszystko, co działo się później w ich życiu, było tylko przedłużeniem tamtej walki? A może nawet nie tyle przedłużeniem walki, ile uciekaniem, i to w sposób jak najbardziej radykalny?

Za dużo nie wypada teraz pisać, ograniczę się więc tylko do powyższego skojarzenia, a poniżej — utwór wieńczący dzieło niemieckiego dokumentalisty, poetycko zamykający tę i inne historie o ludziach, których dusze są jak poszarpane zbocza gór:



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz