piątek, 5 stycznia 2018

❏ Świat Dicka

Tytuł powieści — „Świat Jonesa” — której poświęcony jest ten krótki tekst, można by bez uszczerbku dla prawdy zastąpić podobnie brzmiącym „Światem Dicka”, w utworze tym bowiem znajdziemy wątki, co prawda w postaci larwalnej, znane z całej twórczości Amerykanina. Autor dzieła „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”, rzeszom ludzi znanego z filmowej adaptacji pt. „Blade Runner”, nie był utopistą jak wielu jego kolegów fantastów z przeszłości. Dick pisał w czasach, kiedy pytanie o przyszłość musiało budzić niepokój, chociażby przez zimnowojenną groźbę nuklearnej zagłady (w latach 50. nie tak eksponowaną jak dwie, trzy dekady później), dlatego futuryzm obecny w jego prozie nie jest triumfalistyczny, to science fiction moralnego niepokoju, w którym jedno z czołowych miejsc zajmuje wątek konfrontacji pojedynczego człowieka z państwem. W końcu każdy kolejny rok to technologiczny awans i nowe narzędzia w rękach władzy, przez które walka staje się coraz bardziej nierówna. W „Świecie Jonesa” wątek dominacji państwowego Lewiatana nad szarym człowiekiem również jest obecny, tyle że motywacje technologiczne ustępują miejsca kulturowym.

Amerykański pisarz umiejscowił akcję w świecie po kolejnej wielkiej wojnie, oczywiście nuklearnej, czego pozostałością są mutanci i nowy porządek społeczno-polityczny. Zwycięzcy wprowadzili na swoich ziemiach ideologię relatywizmu, wyrażającą się w przekonaniu, że nie można głosić czy choćby wypowiadać czegoś, czego udowodnić się nie da. Widać w tym wyjątkową intuicję Dicka, który już w latach 50. widział chwiejność pooświeceniowego porządku i przeczuwał czasy, w których postmodernizm ustami ludzi takich jak Jean-François Lyotard będzie opowiadał o końcu wielkich narracji, a tym samym — końcu prawdy. Ironią systemu relatywistycznego pokazanego w książce, zdawać by się mogło dającego ludziom wyzwolenie, jest jego opresyjny charakter, wszakże relatywiści zamykają wszystkich absolutystów w obozach. Ale to nie wszystko — świat, w którym wiara w prawdziwość idei jest zabroniona, jest wyzuty z motywacji, przez co tonie w marazmie. W takich okolicznościach przyrody pojawia się Jones, człowiek obdarzony darem widzenia nieodległej przyszłości. Ten młody mężczyzna szybko zwraca na siebie uwagę władz, które dostrzegają w nim zagrożenie dla obowiązującego, relatywistycznego paradygmatu. Jones wypowiada bowiem prawdę, jest jej jedynym dysponentem w tym świecie, a to ławto może stać się zarzewiem rewolucji.

Już ten krótki zarys fabuły pokazuje, że w tej niedługiej powieści mamy do czynienia ze splotem różnych tematów, a po prawdzie i tak wszystkiego nie wyjawiłem, ponieważ trzonem „przepowiedni” Jonesa jest ostrzeżenie przed tajemniczymi, na pierwszy rzut oka niegroźnymi przybyszami z kosmosu, dryfterami, w przyszłości mającymi, jak sugeruje „prorok”, zaważyć na losach ludzkości. Pomysły, jak widać, obficie przelewały się z głowy autora na papier, dlatego uzasadnione wydaje się poinformowanie czytelnika zainteresowanego lekturą tej powieści, ile cukru jest w cukrze. „Świat Jonesa” anonsowany bywa na okładkach jako dzieło prezentujące totalitaryzm i faktycznie pojawiają się wzmianki o obozach, do których trafiają wspomniani przeze mnie absolutyści (to moje pojęcie, nie autora), ale osoby liczące na science fiction w orwellowskim stylu srodze się zawiodą. Dick nie zajmował się w tym utworze przedstawianiem mechanizmów funkcjonowania państwa totalitarnego. Nie ma tu demaskowania władzy ani przez absurd, ani przez grozę, pierwszoplanową rolę gra wspomniany już marazm. On, a także stojące za nim bezcelowość i bezideowość są problemem trapiącym mieszkańców tego fikcyjnego świata. Dla ludzi Zachodu, tych rzeczywistych, pewnym odbiciem tego była popularna w latach 90. teza o końcu historii, z tą różnicą, że wartościowano ją dodatnio, jako błogie, wieczne pax americana. W naszej rzeczywistości Historia upomniała się o siebie 11 września 2001 roku, a potem poszło z górki, u Dicka tym katalizatorem staje się Jones, to za jego sprawą zawiązuje się akcja. Rządzący relatywiści, mimo że sami mają świadomość prawdziwości słów przewidującego przyszłość mężczyzny, pragną go powstrzymać. Ot, kto by chciał rezygnować z władzy?

Wojciech Sedeńko zwracał w przedmowie* uwagę na rozlewanie się wątków w „Świecie Jonesa” i brak konsekwencji w ich prowadzeniu. Jak już napisałem, totalitaryzm nie jest eksponowany, nie zostaną nam też pokazane luki i nielogiczności ideologii relatywistycznej (czy mogłoby istnieć prawo w ramach takiego systemu?), a i sam Jones też jest niespójny. Nie jest on wszakże tradycyjnym profetą, w istocie jego umysł, jak sam mówi, przebywa w przyszłości, a ciało istnieje w teraźniejszości, co oznacza, że nie ma on władzy nad tym, co się dzieje, nie może nic zmienić. To znaczy — nie oznacza, tylko próbuje nam się wmówić, że oznacza, bo jak może oznaczać, skoro Jones chociażby używa aparatu mowy do kontaktowania się z innymi w teraźniejszości (a więc umysł ma jednak władzę nad ciałem)? W toku powieści pojawią się jeszcze wyraźniejsze niekonsekwencje tego swoistego zabobonnego dualizmu kartezjańskiego, to jest przekonania, że umysł i ciało są od siebie całkowicie odrębne. 

Nie sposób patrzeć na „Świat Jonesa” inaczej jak na coś w rodzaju kuźni pomysłów czy też laboratorium, jak pisał wspomniany już Sedeńko. Pomysłów tu rzeczywiście nie brakuje, ale oddane zostały one z pewną niefrasobliwością, którą autor zamaskował na koniec cwanym wybiegiem. Kiedy już nie sposób było pozbierać do kupy porozlewanych wątków, porozrzucanych tematów, Dick zamknął powieść dopowiedzeniem jednostkowej historii — mikrohistorii — dwojga bohaterów. Resztę miał rozwijać w kolejnych, dojrzalszych literacko powieściach.

* Philip K. Dick, „Świat Jonesa”, wyd. Rebis, Poznań 2013.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz